Odcinek 8 cyklu „Z prawego łoża”: Pod naporem
Bieżąca twórczość Bronisława Wildsteina co rusz wytrąca nas z równowagi analitycznej. Nie możemy skupić się na jego pisaniu pięknym i to nas i boli, ale i przecież raduje. Radują się serca nasze, gdy bierzemy do rąk tekst taki jak ów, pomieszczony w tygodniku „Uważam Rze” (nr 24). Jest to mozolna praca mająca na celu sformułowanie nowej definicji arcypolskiego określenia „kołtun”.
Kołtun rzeczywisty jest jednym z naszych najulubieńszych krakowskich eksponatów. W muzeum medycyny przy tutejszym uniwersytecie leży on w akwarium, jak prehistoryczny gad, egipski kocur może, i jest to prawdziwy kołtun polski (plica polonica), jeden z dwu zachowanych na świecie. Jest siwy, zbity, wyschnięty, złożony na dwoje i ma, jak mówi obsługa tej placówki, okrągłe półtora metra długości. Piękny musiał być człowiek noszący latami ów przedmiot na głowie z obawy przed chorobą i śmiercią. Pięknie musiał ten osobnik wyglądać w łożu, u boku swej kompletnie skołtunionej wybranki. Żal nam wszystko ściska, że nie mamy fotografii tych państwa. Dość powiedzieć, że ten niezwykły rodzaj warkocza wszedł do polszczyzny bardzo mocno i „kołtun” oznacza, wedle słowników, człowieka zacofanego, ciemnego, ograniczonego, obskuranta o wąskim horyzoncie. Słowo „kołtun” może być tez użyte jako określenie szmiry oraz tandety.
Bronisław Wildstein jest rzecz jasna silnie i (jak mniemamy) osobiście zainteresowany odwróceniem parabolicznego znaczenia tego słowa w naszym wspólnym języku ojczystym. Udaje mu się to znakomicie, jak wiele spraw które bierze na warsztat. Uznaje zatem, że kołtunerią należy nazwać wszystko co jest przeciwnością wyżej wymienionych cech i zjawisk. Bardzo to jest udatne, i w imię wolności słowa oraz sądzenia przyjmujemy to za pewnik, nawet to, że kołtunem można nazwać człowieka tolerancyjnego w sprawach uprawiania szeroko pojętego seksu. Tako bowiem rzecze miedzy innymi Bronisław Wildstein w swym utworze pt. „List otwarty do kołtuna III RP”.
Nasza ponura skaza polega niestety i na tym, że przez lata współpracy z reżymem komunistycznym naczytaliśmy się różnych treści i przypomnieliśmy sobie natychmiast, że znamy bardzo zgrabny wierszyk o kołtunie z delikatną nutą kołtuńskiego seksu. To utworek pt. „Zbawca” (przytaczamy rzecz jasna fragmenty, najbardziej nam pasujące):
Z kołtuna ojca
z matki kołtunki –
poprzez kołtuńskie bliższe stosunki
mały się kołtun zrodził na świat
temu czterdzieści i parę lat.
Tak to opowieść ta się zaczyna
na temat tego kołtunów syna,
co tym tradycje rodu upiększył,
że wyrósł kołtun zeń jeszcze większy!
Już jako pętak –
jeszcze za młodu –
marzył, że będzie zbawcą narodu
(…)
Dziś spotkasz czasem
kołtuna zbawcę,
w knajpie przy wódce. W pijackiej czkawce…
Gdzie uniesiony „patriotyzmem”
na nowo chciałby zbawiać ojczyznę!
Zbawić tę Polskę i polski lud
od MDM-ów
od Nowych Hut
od nowych fabryk, kopalń i tras
od szkół i świetlic
wczasów dla mas (…)
Fajne. Autorem jest Marian Załucki (zm. 1979), a rzecz powstała w roku pańskim 1952. Oczywiście nie mamy najmniejszych pretensji do Bronisława Wildsteina, że posługuje się symbolami, że te symbole odwraca, że nimi obraca, a zwłaszcza, że robi to wszystko, będąc autorem powieści takiego gatunku jak „Czas niedokonany”. Uważamy jednak dobrotliwie, że winien w swym publicystycznym szale pamiętać kto, jak, kiedy i komu machał przed nosem kołtunem w prasie, i że jednak pisarz ten powinien wyjąć przedmiot, którym mógłby machać nieco oryginalniej.
Cały ten wywód, trudno to ukryć, miał na celu odwleczenie chwili, w której po raz któryś musimy wziąć do ręki „Czas niedokonany”. Mamy trudną do okiełznania ochotę przykrycia się naszymi kołtunami, a nawet owinięcia się kołtunami naszych partnerów, mamy ochotę ożywczo się zdrzemnąć, ale nic z tego. „Polska ma sens” gromadzi autorów, którym można odmówić wiele, ale na pewno nie cnót heroicznych.
No więc „Czas niedokonany” otwieramy i przeżywamy rozczarowanie. Nasze nadzieje na rychłe pojawienie się gadżetów okazały się na razie płoche. Adam Brok, który szybko stał się głównym bohaterem powieści (syn stareńkich już Zuzanny i Benedykta, których seks już niestety nie łechce), jak już wspominaliśmy, jest w trudnym dla każdego nastolatka okresie. Jest szalenie pobudzony, rzecz jasna pilnie obserwuje sytuację społeczno-polityczną i, wraz z Bronisławem Wilsdteinem, dochodzi do szeregu słusznych w tej materii wniosków. Jest też samotny, co autor opisuje spostrzeżeniem: „Samotność miała smak rdzy” (str.338). Najprawdopodobniej autor tej konstatacji chce przy okazji dać do zrozumienia Czytelnikom, że kłopoty aprowizacyjne za Mazowieckiego bądź Bieleckiego zmuszały ludzi do jedzenia metali korodujących. Mniejsza. Panienki w życiu tego młodzieńca, zaczynają być ważne, co nas niepomiernie cieszy. Martwi niestety fakt, że nie ma on zbytniego powodzenia i mimo prób macanek „w rogach pokoju, na tapczanach, fotelach i kanapach”, nie osiąga finału w postaci stosunku płciowego, choćby przerywanego. Skłonność autora do dokładnego, i przy każdej okazji, wymieniania sprzętów domowych już znamy, ale nie to nas kręci. Otóż dowiadujemy się wreszcie (co skądinąd podejrzewaliśmy), że chłopiec ten zawzięcie się onanizuje. Zachwyceni, oddajemy czym prędzej głos pisarzowi: „Marzył o zaspokojeniu, o tym, aby nie musiał robić tego sam ze sobą. Obiecywał sobie, że zerwie z poniżającym nałogiem, ale po kilku dniach, po tygodniu obietnice załamywały się pod naporem szalejącego organizmu. Co jakiś czas porażało go kobiece piękno poza seksualnym pożądaniem. Twarz, poruszenie, gest. Widział wysmukłe palce, a jego skóra czekała na ich dotkniecie, które nie niosło za sobą żadnej innej obietnicy i było celem samym w sobie. Piękno stawało się czułością i zrozumieniem, marzeniem o przeistoczenie świata.” (str. 338-339). Czyje palce ma na myśli autor?
Tego nie łapiemy. Uznajemy niniejszym, że pisarz się troszeczkę zawstydził i uciekł, klucząc ku jakiemuś „przeistoczeniu świata”. Uznajemy, że to jest możliwe w karkołomnie skonstruowanej fabule, ale w życiu? Nie wierzymy.
Stanisław Mancewicz




Komentarze
Pokaż komentarze (4)