Odcinek 9 cyklu "Z prawego loża": Obraz niewyobrażalny
Gdy czytamy „Dolinę nicości”, zwłaszcza gdy jesteśmy już grubo po połówce, wracamy myślami do wielkich słów skreślonych przez recenzentów tego dzieła. Reklamą miało być przyrównanie do „Komedii Ludzkiej” Honoriusza Balzaka. Bardzo nam się – na nieczytanego - podobało to porównanie. Mamy tu na myśli nieczytanie Wildsteina, bo Balzaka przerobiliśmy przecież w ramach aspiracji do kultury śródziemnomorskiej. Czytaliśmy owego napitego kawusią, pobudliwego grubasa, choć nikt w Polsce od nas tego nie oczekiwał – ani Mazowiecki, ani Olszewski, ani Oleksy, ani Miller, ani Tusk – by wymienić tu zgrubnie polskich mężów stanu. Jedynym premierem, który mógłby oczekiwać od Polaków czytania Balzaka wydaje się (na czuja) Jarosław Kaczyński, choć po prawdzie oczekuje on chyba, że będziemy raczej czytać Wildsteina. Po przemyśleniu wyżej napisanego zdania, dochodzimy do wniosku, że Jarosław Kaczyński nie czytając Wildsteina ma nadzieję, że ten pisze jak Balzak. Oczywiście wszyscy mamy w domach polskie dwudziestoczterotomowe wydanie „Komedii Ludzkiej”, z którego czerpiemy, gdy ktoś nam wciska bachora w brzuch, bachora jakiegokolwiek podobieństwa.
Tak sobie tu beztrosko – za przeproszeniem – dywagując, i rzecz jasna wertując, znajdujemy się niechcący na stronie 340 „Czasu niedokonanego”. I jest to naszym zdaniem przełomowa strona.
Autor wstawia nas dość nieoczekiwanie do mieszkania Andżeliki, narzeczonej Adama Broka. Chłopiec ten porzuciwszy wreszcie zgubny nałóg masturbacji i brzydkich fantazji, całuje się z nią po bramach, co przyjmujemy z rozrzewnieniem. Co więcej, czujemy, przynajmniej na początku, że Autor opisuje te i podobne scenki w podobnym do naszego stanie. Na pewno? To ułuda, popatrzmy. Nastolatki wchodzą do mieszkania, (Andżelika ostrzegała Adama, że starzy są w domu). Wchodzą, a starzy, a juźci, oglądają telewizję. Co leci w tiwi? Oddajmy głos Autorowi: „O, przyszedł Wałęsa! – zawołała matka. – Teraz to już odwołają Olsza! Ktoś zgłaszał wniosek o przełożenie głosowania. Na ekranie, na sali sejmowej gorączka rosła. Posłowie przekrzykiwali się, ktoś usiłował dostać się na mównicę, a marszałek próbował zapanować nad narastającym chaosem”.
Czyżbyśmy byli w siedzibie „Gazety Polskiej”, gdzie redaktor Sakiewicz wyświetla po raz 2012 film pn: „Nocna zmiana”? Nie, dzięki opisowi Bronisława Wildsteina znaleźliśmy się w okolicznościach stuprocentowo oryginalnych. Trwa właśnie debata nad odwołaniem rządu Jana Olszewskiego, w czerwcu 1992 roku. Tu dzieje się historia, powstaje mit założycielski IV RP, a młody Brok poczyna sobie tak: „Adam zerknął na telewizor, od którego nie odrywali oczu gospodarze, i delikatnie zamknął za sobą drzwi pokoju. >Nie bądź taka pewna<– dobiegło go gdy przewracał Andżelikę na jej łóżko – >jeszcze Olsz może wyjąć…<”.Sekundkę się tu zatrzymajmy, bowiem chwilowo nie rozumiemy co „Olsz” może „wyjąć”, nic nie przychodzi na do głów. Pamiętamy oczywiście, że premier Olszewski, zanim go odwołano zwierzył się prasie, że z rzeczy do jedzenia najbardziej lubi odsmażane ziemniaczki. Więc może wyjąć na wierzch ziemniaczki? Nie, bzdura, może przecież jeszcze wyjąć listę Macierewicza. No jasne, pukamy się w siwe głowy. To jedyna rzecz jaką mecenas Olszewski mógł wyjąć i wyjął. Tymczasem młody Brok, nawrócony onan, korzystając z kryzysu parlamentarnego III RP, wyjmuje na wierzch zgoła co innego. Bardzo przepraszamy prawdziwych patriotów za ten cytat, ale i na nas robi piorunujące wrażenie:„Andżelika prawie się nie broniła, gdy wsuwał rękę miedzy jej uda, ściągał majtki (…) Teraz przemawiał Olszewski. Andżelika stęknęła cicho, nie wiadomo, czy w proteście czy aprobacie. > Uważam, że naród polski powinien mieć poczucie, że wśród tych, którzy nim rządza, nie ma ludzi którzy pomagali UB i SB utrzymywać Polaków w zniewoleniu. Uważam, że dawni współpracownicy…< Andżelika zajęczała głośniej. Adam zaniepokojony, zasłonił jej usta dłonią. Był już w niej i wszystko było takie oczywiste”.
Po tym fragmencie siedzieliśmy dobrą chwilę w osłupieniu, bowiem w istocie, wszystko tu jest oczywiste. Autor opisuje przecież dwa dymania na raz! Dymanie ojczyzny sensu largo, i w tej samej chwili stosunek płciowy sensu stricto. Tegośmy nigdy nie przeżyli przeglądając literaturę światową. Nałożenie obrazu złamanego premiera Olszewskiego na mównicy i rozanielonej kobitki na tapczanie? To się nam nie nakładało, nie nakłada i nie nałoży. Naprawdę boimy się co powie mecenas Jan Olszewski gdy się dowie, iż w chwili dla niego kluczowej, ktoś komuś ściągał majtki, i że jego tragedii wtórowały jęki rozkoszy.
Stanisław Mancewicz




Komentarze
Pokaż komentarze