Odcinek 11 cyklu "Z prawego loża": Reakcja na siatki, czyli armatura nie siada
Czytając Ziemkiewicza w prasie codziennej, czytamy wciąż i wciąż ten sam tekst. Tekst ten został już wydrukowany kilka tysięcy razy. Podziwu godne. Ziemkiewicz czyta go też w radiu i recytuje w telewizji, a nawet na spotkaniach z ludem. Żółta zawiść wybula nam krwawe gały, bowiem, jak mówią redaktorzy i wydawcy, jeden na świecie może być Ziemkiewicz Rafał i chwatit. Nikt poza nim, robiący w mediach, od Uralu po Ural, nie ma i nie będzie miał tak dobrze.
Znając ten przypadek, znając na pamięć jego żale, oglądając wątrobiane ślady jakie zostawia na papierze, słysząc zawodzenia i zawistne narzekania, z niepokojem sięgamy po prozę tego twórcy. Z obawą, bo lękamy się, iż w blisko trzystustronnicowej książce jest do poczytania strona zaledwie jedna, wydrukowana razy trzysta. Owa stronniczka z litanią boleściwą, w której czuć, że chłopa nikt nigdy nie wpuścił do porządnego salonu, na kawę zbożową choćby. No więc, boimy się, że może autorytety zachwalające jego druki zwarte robią nas w bambuco, i że ksero z owej stronniczki by nam wystarczyło. Słyszeliśmy rzecz jasna o jego przezabawnej książce pt. „Ciało obce”, ale na razie jej nie mamy. Nie mamy, ale pójdziemy sobie do biblioteki i ją skserujemy po kawałeczku, albo obcykamy cyfraczkiem i wtedy o niej napiszemy. Ponoć trzeba przy niej pić dużo herbaty z bromem, tak bardzo jest wzwodogenna.
Na razie musimy się zadowolić pozycją pn. „Zgred”. Tę książkę mamy. Zaczynamy akurat od niej, bo nie jest to powieść, w żadnym sensie. Jest to rodzaj dziennika Ziemkiewicza, dla niepoznaki, a może raczej poznaki, występującego w nim pod nazwiskiem Rafalski. Książka ta jest wielką bułą ulepioną z ciasta jego politycznych felietonów i pogłębionych rozważań historiozoficznych, czego czytać się raczej – jak się spodziewaliśmy – nie da. Naturalnie nie odradzamy, jeżeli jednak ktoś jest zmotywowany do poznawania kulis historii świata albo Polski, to jest na rynku kilka pozycji autorów lepiej przygotowanych.
„Zgred” ma tę przedziwną właściwość, że obok wspomnianych ejakulacji na tematy polityczne, musimy zmagać się ze świeżo wykrytą chorobą alter-ego autora. To cukrzyca. Współczujemy rzecz jasna. Problem jest tylko taki, że nie wiemy, po co w terapii tej paskudnej choroby musimy uczestniczyć (wydaliśmy w końcu 32 złote 90 groszy).
Rafalski prócz choroby i biegunki piśmienniczej (bardzo lubi pisać) ma rodzinę. Czarującą i udaną. Pogratulować. Też nie wiemy, po co nam, czytelnikom, ten wątek. Sumując wrażenia, dochodzimy jednak do jedynie słusznego wniosku. „Zgred” jest pozycją, mającą kompleksowo objaśnić szerokim rzeszom, jak człowiek (dla przykładu taki jak Ziemkiewicz) żyje na co dzień. Jednym słowem, jest to kolejna książka celebryty, który uznał za słuszne pokazać szarym masom, jak wygląda jego życie od kuchni, jak się mają jego dole i niedole... Z absolutnym zdumieniem czytamy czarno na białym, że ów celebryta opiekuje się czule swymi dziećmi. Jest to tak wzruszające, że robi się nam ciepło koło serca.
Skoro jest tak fajnie, miło i normalnie, skoro bohater odniósł zawodowy sukces, powinien też mieć udane życie erotyczne. I ma. Żona Rafalskiego może być zadowolona, bowiem jest zadowalana. Nasz celebryta to opisał. Bardzo gratulujemy pani Rafalskiej. „Akurat się obudziłem, jak była pod prysznicem, usłyszałem, jak się kąpie, potem zobaczyłem te siaty z zakupami złożone w kuchni, i tak mnie to nakręciło, że wyciągnąłem ją z łazienki prosto do łóżka. Tylko już w trakcie przestraszyłem się, że a nuż akurat trafimy, a w tej sytuacji może lepiej by najpierw wypytać lekarzy, jakie są perspektywy – więc jak już zrobiliśmy sobie dobrze, skończyliśmy jak w pornosie, też przyjemnie. Strasznie ulżyło, że armatura mi nie nawala, nawet pomimo całego tego stresu, bo w tym czego się naczytałem o cukrzycy, pośród innych plag egipskich, straszą też impotencją” (str. 22).
Tak to mniej więcej wygląda. Czujemy się tym opisem bardzo zniechęceni, bo mamy za dużo takich kawałków po różnych pismach, do których Ziemkiewicz, nie wiedzieć czemu, nie pisuje. Rzecz jasna, widok siatek z zakupami w roli afrodyzjaku przypomina nam Wildsteina, u którego lewarem erotycznym jest premier Jan Olszewski w chwili, gdy go obala Wałęsa. Tak czy owak postanowiliśmy, że dalej tej książki czytać nie będziemy. Przyczyniły się do tej dramatycznej decyzji dwie informacje. Pierwsza pochodzi od Tomasza Terlikowskiego, który napisał we „Frondzie” o „Zgredzie” takie słowa: „(…) kolejny mocny tekst Rafała A. Ziemkiewicza, którego nie wolno przegapić. Produkt, który pokazuje, jak z liberała (z lekkim konserwatywnym skłonem) Rafał przekształca się w konserwatystę, ludowego katolika (…)”. I druga, że dalej ponoć jest o katastrofie smoleńskiej. Mieliśmy nadzieję, że Ziemkiewicz jeszcze potrafi cokolwiek, o czymkolwiek innym.
Stanisław Mancewicz




Komentarze
Pokaż komentarze