Polska.Ma.Sens Polska.Ma.Sens
652
BLOG

Z prawego łoża, czyli puenta o twórczości Bronisława Wildsteina

Polska.Ma.Sens Polska.Ma.Sens Rozmaitości Obserwuj notkę 4

Odcinek 12 cyklu "Z prawego loża":


 

 

Zachowania bohaterki "Czasu niedokonanego" Bronisława Wildsteina pokazują bez ogródek obyczajowość polską za rządów Donalda Tuska.

 

Będziemy się powoli żegnać z „Czasem niedokonanym”, książką nie wiedzieć czemu grubą. Wydaje się też, że jej grubość jest pretekstem cienkości. Cienkości scen będących finałem tego podziwianego na prawicy dzieła.


Nasz bohater sterany próbami biznesowymi w Rosji, w kraju gdzie stu na stu jego partnerów w interesach to bandyci i mafiozi, przybywa ostatecznie i nieodwołalnie do Polski, kraju nieco tylko innego. W Rosji
 Adam Brok pozostawia raz i na zawsze swą partnerkę seksualną, przecudną agentkę, do końca nie wiadomo czyją – prywatną czy państwową. Kobieta ta, dlatego że ładna, jest agentką, co wydaje się elementarnym schematem widzenia kobiet przez pisarza. Ładna musi być agentką, bo brzydkich nikt do żadnych służb nie bierze. Branie brzydkich do literatury jest tym samym i bez sensu. Jakoś to jest spójne, i z tej spójności jesteśmy zadowoleni. Lubimy ten rodzaj oglądania kobiet. Już do ostatniej strony towarzyszyć nam będą dwa wątki: rodziców – pamiętamy, że matka jest postacią heroiczną, a ojciec był nieodporny na komusze łaski, oraz teraźniejszości – nazwijmy ją – przedsmoleńskiej. Uściślijmy: tuż przedsmoleńskiej. 


Rodziców zostawmy ich losowi. Dzieją się w tej rodzinie sprawy śmiertelnie istotne. Stary Brok umiera, choć wciąż żyje, choć wydawało się nam, że chłop umarł już ze sto razy. Na łożu śmierci przyznaje, że był przez lata agentem Służby Bezpieczeństwa, ale agentem raczej nieszkodliwym. Przełamuje się i, podobnie jak my, jest bardzo zadowolony, że powstał Instytut Pamięci Narodowej i pion prokuratorski. Jego żona, heroina łamana przez salon, wybacza staremu draniowi i wreszcie ten wątek mamy z głowy, bo Brok senior umiera w strasznych męczarniach.
 Wątek drugi interesuje nas znacznie bardziej, bowiem traktuje o obyczajowości polskiej za rządów Donalda Tuska. Obyczajowość ta jest nieobyczajna w stopniu przypominającym na oko kulturę biznesową w Rosji. Kluczowe opisy Polski dotyczą zwyczajów w mrocznych warszawskich pubach, pełnych pederastów i narkomanów, gdzie Brok bywa ze swą panienką, zajmująca się w dzień piarem rządu Tuska. Te lokale są – łatwo się domyślić – do likwidacji, gdy tylko władzę w Polsce obejmie ktoś praworządny i sprawiedliwy. 


Koleżanka Broka to apokaliptyczny potwór. Jej chuć i erotyczne fantazje nijak się mają do staropolskich sposobów uprawiania miłości fizycznej. Jest ona egzemplarzem maniakalnie kopulującym, wciąż wkładającym przebiednemu Adamowi Brokowi rękę do spodni. Potworem dymającym go bezlitośnie, całymi nocami, kiedy to ma wolne od pracy na rzecz projektów kampanii propagandowych dla kancelarii premiera. Panna owa ma na wyposażeniu gigantyczną wideotekę pornosów i nadnaturalnych rozmiarów gumowego penisa w kolorze fioletowym. Penisem tym zadowala się ze szczególnym umiłowaniem, zarówno gdy ją widzimy, jak i wtedy, gdy autor nam tego oszczędza.
 


Ta niezłomna kobieta goli wódę jak smok i rzecz jasna wali amfę pudowymi dawkami. Nie trzeba chyba dodawać, że zwyczajny sposób odbywania stosunków płciowych, w konfiguracji jedna kobieta plus jeden mężczyzna, nieco ją nudzi. Organizuje więc spotkania – tu się domyślamy – z nieletnią, by dogodzić sobie i partnerowi. A więc mamy trójkącik. Wszystkie te zachowania są niejako warunkiem pracy dla obecnego rządu. I bycia członkiem salonu. To jasne. Z ust zdemoralizowanych nowowarszawian i karierowiczów słyszymy wciąż opinie na temat ludzi starych, wierzących, z prowincji, i spoza mainstreamu. Są to wedle nich ćwoki i mierzwa, którą obecny rząd sprawnie steruje, manipuluje i odbiera mu tożsamość. I dobrze, bo Polska ma być nowoczesna, a nie nienowoczesna.
 Gdyby nas nie uprzedzono, że to literatura piękna, bylibyśmy przekonani, że czytamy stenogramy audycji Radia Maryja albo doraźny felieton Bronisława Wildsteina w „Uważam Rze”.


Przed nami, za tydzień, na deser, wielki bankiet w salonie największej polskiej prywatnej telewizji. Autor marzy, byśmy się domyślili, o jaką to telewizje chodzi i my spełnimy te marzenia, bowiem niezrozumiany pisarz jest postacią tragiczną, do czego nie chcemy dopuścić. Chcemy by Bronisław Wildstein był szczęśliwy. To, co się tam wyprawia, przerasta nasze najśmielsze marzenia o opisach przyrody w literaturze polskiej. Przerasta bankiety u Tadeusza Dołęgi-Mostowicza w „Karierze Nikodema Dyzmy”. Ten bankiet to dowód, skąd autor czerpie i jak to zaczerpnięcie likwiduje domysły, że mamy do czynienia z Balzakiem.

 

 

Stanisław Mancewicz

Pragniemy skupić wokół siebie mądry entuzjazm ludzi twórczo zmieniających świat na lepsze. Redakcja nie boi się opisu zjawisk negatywnych, ale pielęgnuje myślenie pozytywne i walczy z czarnym postrzeganiem świata i Polski.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (4)

Inne tematy w dziale Rozmaitości