Czytam akta postępowania przed Izbą Lekarską. Było ono w Płocku. Prowadziła je dentystka Leokadia Pielaszkiewicz-Kobylska. To tamtejsza rzecznik odpowiedzialności zawodowej lekarzy. Sprawa dotyczyła mojego leczenia urologicznego. Mój spór z lekarzem dotyczył między innymi badania USG z dn. 16 grudnia 2010 roku. Istnieją dwie wersje tego badania. Jedną mam ja a drugą ma lekarz. Są różne. Są z różnych godzin i różnią sie treścią. Powstała kwestia czy jest to ten sam dokument czy różne dokumenty medyczne. Na moim egzemplarzy są zalecenia diagnostyczne. Lekarz zaleca badanie urografia. Faktycznie te zalecenia zostały podjęte i takie badanie miałem. Na egzemplarzu lekarza tych zaleceń nie ma. Pomiędzy dwoma tymi dokumentami jest dwie minuty różnicy. Dodatkowe różnice zachodzą pomiędzy datami dokumentu (opisu badania) i zdjęć USG - na których widnieje data o jeden dzień wcześniejsza. Oba sa wydrukowane. I mój i lekarza. Kłopot nieco w tym, że i badanie odbyło się w dniu jego opisu a zdjęcia są z dnia poprzedniego. Podobnie na innych badaniach. Na szeregu zdjęć jest inny dzień i inna godzina.
Kwestię miała rozstrzygnąć Izba Lekarska. Zdawałoby się, że postępowanie to wyjaśni. Płonne nadzieje. Nic nie wyjaśniło. Dodatkowo lekarka Pielaszkiewicz-Kobylska pól strony (to dużo w jej postanowieniu biorąc pod uwagę całość sprawy) swojego "Postanowienia" o umorzeniu postępowania poświęciła jakiemuś dokumentowi z dn. 16 grudnia 2010 roku z "odręcznymi" adnotacjami i zaleceniami. Nie ma takiego dokumentu. Zmyśliła go. Ani ja go nie mam, ani lekarz. Co to za dokument? O jakich i gdzie "odręcznych" dopiskach ta Pielaszkiewicz-Kobylska debatuje? Rozwodzi się o praktyce lekarskiej w przychodniach a nawet w szpitalu. Debatuje o ręcznym dopisywaniu zaleceń, o braku zrozumienia pracy lekarza i jej realiów. Ale po kiego grzyba skoro nie ma dokumentu z ręcznymi adnotacjami lekarza? Zmyśliła go, by faktycznie nie rozwiązać kwestii różnic w dokumentach medycznych? Nie ma żadnej "odręcznej adnotacji". Najlepsza jest konkluzja po dywagacjach o ręcznym dopisywaniu zaleceń "do domu", żeby pacjent nie zapomniał "Tylko brak zrozumienia dla takiego postępowania pozwoliłby uznać, że doszło do ukrywania czegoś czy eliminowania zapisów. Ponadto chęć eliminowania zapisów musiałaby mieć jakieś uzasadnienie. Rzecznik nie znalazł logicznych podstaw do tego myślenia i zachowania lekarza. Tym samym nie uznaje, że doszło do zafałszowania dokumentów leczenia".
Ale co z tym fantem zrobić, że Pielaszkiewicz-Kobylska debatowała o dokumencie, który nie istnieje? Dokumencie z "odręcznymi adnotacjami". Nie ma takiego. Naprodukowała gołosłownych treści w "Postanowieniu" i wodolejstwa a nie ma dokumentu, do ktorego się one odnoszą. To oczywiste, ze Pielaszkiewicz-Kobylska "tym samym nie uznaje, że doszło do zafałszowania dokumentów leczenia", bo nie ma dokumentu, o którym to stwierdzała. To oczywiste, że pozorowała rzetelność postępowania i nie zaznajomiła sie nawet z aktami sprawy. W aktach nie ma żadnego dokumentu z "odręcznymi adnotacjami". Lekarz nic nie zeznawał o ręcznym dopisywaniu. Ani ja. Skąd ona ta Pielaszkiewicz-Kobylska to wzięła?
Oczywiście złożyłem zażalenie na te nidorzeczności. W Sądzie Lekarskim w Płocku decydowac będą lekarze: chirurg Marek Mądrecki jako przewodniczący z udzialem dentystki Teresy Jaworskiej-Pioś i lekarza o nieznanej mi specjalności Tadeusza Kozubskiego. Zobaczymy już za parę dni co zdecydują.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)