Jacek Żakowski ostatnio tylko narzeka. Jakiś czas temu, tuż po tym, jak jego kolega, podczas jednego z Poranków Radia Tok FM, na antenie określił premiera Buzka jako playboya, Żakowski narzekał na chamstwo w Internecie. Pamiętamy, że jak prawdziwy lewak, jako panaceum proponował cenzurę. W ostatniej Polityce Żakowski psioczy na upadek rynku poważnych periodyków. Nie pomagają kolejne dołączane Niezbędniki Inteligenta, książki, płyty, kolekcje jazzowe. Sprzedaż poważnych tytułów leci na łeb na szyję. Ludzie chcąc być poinformowanymi, bądź stworzyć obraz siebie samych jako osób poinformowanych, przenoszą swoją uwagę z pism na telewizję, gdzie nawet stacje informacyjne oferują więcej rozrywki niż informacji. Czytanie jest zbyt męczące i zbyt czasochłonne dla współczesnego człowieka. Protezą informacji jest dla niego infotainment, szybki, niezbyt ważny news maglowany przez cały dzień. W ten sposób tworzona jest alter-rzeczywistość, coś, co ma marginalne znaczenie, czemu w istocie wagę nadajw sama mechanika mediów, a co nie odgrywa szczególnie istotnej roli w tzw. realu. Żakowski pyta, co w takim razie z demokracją?
Gdyby nie fakt, że demokracja dzisiaj właściwie nie istnieje, to pytanie byłoby zasadne. Dzisiaj, jak pisze Ulrich Beck „władzę mają ci, których nie wybieraliśmy, a ci, których wybieramy władzy nie mają”. Władza przynależna jest międzynarodowemu kapitałowi i fluktuacjom fal współzależności w światowej Sieci. Weźmy jednak owe rozważania w nawias i zastanówmy się, śladem Żakowskiego, co z tą demokracją?
Podejmowanie decyzji w procesie demokratycznym wymaga spełnienia kilku warunków. Po pierwsze potrzebna jest wiedza na temat mechanizmów, odnoście do których decyzje są podejmowane. Decydowanie bez wiedzy jest niczym innym jak zdawaniem się na ślepy traf. Tymczasem dzisiejsza debata publiczna ślizga się po powierzchni. Rangę ważnych wiadomości zyskują te newsy, które spełniają kryteria medialnej estetyki. Ważne jest to, co dobrze wygląda w obiektywie. W ten sposób jesteśmy rzucani na pożarcie pionów PR i nieistotnym sporom „kto kogo”.
Drugą istotną kwestią jest chęć działania w przestrzeni publicznej. Dzisiejsze społeczeństwa odurzone konsumpcją raczej wydają się być atomowe, niż kolektywne. Jego członkowie zamykają się w magicznym, introwertycznym świecie gadżetów i nieszczególnie są zainteresowani tym, co wykracza poza aspiracje konsumpcyjne. Konsumuje się eteryczne mody, designy i newsy. Życie społeczne, a raczej jego „widzialne pole” produkowane jest w taki sposób, aby być konsumowanym. Dobrobyt jest utożsamiany z jednostkową satysfakcją, a dobrobyt, nazwijmy go, relacyjnym, czyli taki, który tworzony jest przez interakcje społeczne nie wydaje się być atrakcyjną propozycją. Presję jednostkowego sukcesu, którego znakiem widzialnym jest zanurzenie w „magicznym świecie konsumpcji” trudno jest spleść z demokratycznym ideałem dobra publicznego.
Demokracja w Barberowskim, skonsumowanym społeczeństwie newsa nie jest potrzebna. Powierzchowny news daje złudzenie uczestnictwa - nawet biernego, ale uczestnictwa - w debacie publicznej. Wiadomości konsumowane są w przestrzeni wirtualnej, która niemalże nie-istnieje poza ekranem. Świat „rzeczywisty” wymaga od osób próbujących go zrozumieć nowych perspektyw obserwacji. Jest on tym samym zbyt skomplikowany na konserwatywne przecież przedstawienie go w formule infotainment. Społeczeństwa demokratyczne, czy też polityczne, zastępowane są przez społeczeństwa konsumpcji.
Żakowski pisząc o upadku poważnych mediów liczy na dialektyczny ich powrót w przyszłości, w której zatriumfuje demokracja świadoma. Dialektyka to fajna rzecz, problem tylko, że najlepiej w jej optyce obserwuje się procesy, które już się wydarzyły. Te, które się wydarzą mogą jej umykać. Jeśli zniknął feudalizm, to może zniknąć i demokracja. Zostaje jeszcze jedna kwestia, która wyżej została już nakreślona: demokracji już nie ma.
Komentarze
Pokaż komentarze (16)