Wczoraj około takiej godziny, w której nikt nie ogląda telewizji na TVN24 był emitowany zadziwiająco interesujący, jak na standardy intelektualne owej stacji program. Jan Hartman opowiadał Grzegorzowi Miecugowowi o rzeczywistości widzianej z innego punktu widzenia. Jednym z zagadnień poruszanych przez Hartmana była przyszłość postczłowiecza: coś co ostatnimi czasy, z bliżej nieokreślonych przyczyn, interesuje mnie w stopniu znacznym. Podczas gdy w Polsce toczy się debata (a raczej nie-toczy) na temat In vitro, czyli jakichś głębokich ech tego, przez co przechodziła Europa Zachodnia około początku lat osiemdziesiątych (pierwsze dziecko z probówki, Luise Brown urodziło się w 1978 roku), należałoby się zacząć zastanawiać nad innymi skutkami zastosowania bioinżynierii.
Jan Hartman mówił, że wkrótce reprodukcja będzie poddana swego rodzaju etyce. Rozmnażanie przypadkowe będzie, zdaniem filozofa (zresztą moim też), uważane za coś niemoralnego. Aby urodzić dziecko najpierw będzie trzeba osiągnąć pewien pułap majątkowy. To jeszcze nie koniec. Wiele wskazuje na to, że kolejne pokolenia będą udoskonalane za pomocą bioinżynierii. Oczywiście zanim będzie to inżynieria genetyczna czeka nas faza wyboru zarodków, które będą wykazywały mniejsze predyspozycje do zachorowań na pewne schorzenia etc. Peter Singer uważa, że o ile nie zostanie wprowadzona państwowa dystrybucja biotechnologii, to ekonomiczne nierówności mogą przełożyć się na nierówności biologiczne. Quasi, IMFO (in my fucking opinion) jeden z najciekawszych bloggerów w tym przybytku, twierdzi, że taka perspektywa jest nadto alarmistyczna. Uważa, że w proces wytwarzania się nierówności biologicznych w obrębie naszego gatunku jest wbudowany mechanizm bezpieczeństwa, który wynika z samego sposobu rozwoju nauki. Jego zdaniem nie pojawi się nagle garstka półbogów w oceanie zwykłych ludzi, ponieważ, aby tak się stało potrzebna byłby rewolucja biotechnologiczna, która umożliwiłaby natychmiastowy dostęp do choćby inżynierii genetycznej pewnej grupie ludzi. Taka rewolucja jednak nie nadejdzie, ponieważ biotechnologia dzisiaj nie rozwija się skokowo. Tak więc, bogaci, których będzie stać na nowinki biotechnologiczne będą właściwie wyprzedzać biednych nie tyle o „długość gatunku”, ile o długość pokolenia, czyli czasu potrzebnego do potanienia danej technologii. W ten sposób bogatsi, a i owszem będą inteligentniejsi, ładniejsi, sprawniejsi fizycznie, ale nie będzie to różnica, tak znacząca, żeby bić na alarm.
W tym co napisał Quasi można znaleźć pewne pocieszenie, jednak Wróg nie śpi i należy zachować czujność. Podobny scenariusz opisywał Lee Silver. Jego zdaniem powolne jednak nawarstwianie się nierówności może doprowadzić do wyodrębnienia się nowego gatunku nadczłowieka. Mechanizm działania byłby podobny do polaryzacji bogaci – biedni. Wprawdzie dzisiaj nawet najbiedniejsi (przynajmniej tacy, którzy nie są bezdomni i zamieszkują naszą sferę cywilizacyjną) żyją na poziomie znacznie wyższym niż bogaci sprzed kilku, czy kilkunastu dziesięcioleci, jednak poprawa jakości życia jest mało widoczna, ponieważ ich dystans do bogatych zwiększył się. W podobny sposób może zachodzić różnicowanie się biologiczne – biednych będzie stać na podstawowe zabiegi eugeniczne, jednak bogatych będzie stać na coraz więcej. Każda nowość będzie deklasować „bioinżynierię dla ubogich”. Pomimo tego, że biedni poddani inżynierii biologicznej będą mądrzejsi, zdrowsi i ładniejsi niż ich ojcowie i dzidowie, to na tle bogatych będą wypadać jak dzisiejsi pracownicy junk job na tle managerów z międzynarodowych korporacji.
Jest to spory kłopot natury politycznej. Zaniechania sprzed dziesiątków lat przyczyniły się do tego, że ponad połowa ludzi nie posiada dostępu do wody pitnej, półtora miliarda ludzi żyje w slumsach, a 10% ludzkości jest w posiadaniu 90% bogactwa. Jeżeli dzisiaj nie zacznie się dyskusja (a się nie zacznie), to w przyszłości zapewne te różnie przełożą się na zróżnicowanie genetyczne. Za przeproszeniem jednym wyrosną ostrogi, a innym siodła.




Komentarze
Pokaż komentarze (79)