Miałem na studiach wybór. Albo zostać politologiem specjalistą od administracji, albo zostać politologiem specjalistą od Europy, albo zostać politologiem specjalistą od marketingu i PR, albo zostać politologiem wolnym strzelcem godząc się z podniesioną głową na los, który czeka większość politologów – że będę specjalistą od niczego (do niczego?), ale za to będę mógł chodzić na te zajęcia, które będą mnie interesować. Szczególną niechęć odczuwałem w stosunku do specjalizacji marketingowej i PRowskiej, mając ją za jakiś rodzaj korporacyjnej nowomowy. Może również zrażało mnie wyobrażenie PRowca – cynicznego młodzieńca ze spoconymi łapami, włosem na żel, butem w szpicę, ukradkiem wycierającego spod nozdrzy białe proszek, którym raczył się na zeszłonocnej imprezie w jednym z modnych klubów pospołu z niuniami wątpliwej proweniencji. Zbiegiem okoliczności trafiły w moje ręce materiały do nauki na przedmiot PR. Przejrzałem je i zaśmiałem się w duszy gorzko.
Korporacyjne życie znam z drugiej ręki, acz dość bliskiej. Zresztą z niejednej drugiej ręki. Właściwie wszędzie opis funkcjonowania tego typu instytucji jest podobny: wyzysk, łamanie praw pracowniczych, traktowanie pracowników niższego szczebla jak niewolników, poniżanie etc. Zaczyna się od niezamkniętych drzwi od palarni, przez fałszowanie kart medycznych pracowników, dawanie pracownikom zadań, które leżą poza obowiązkami ich pracy, na niepłaceniu nadgodzin i donosicielstwie skończywszy. Tym śmieszniej brzmią wszystkie te PRowskie zaklęcia.
Ponoć istnieje coś takiego jak wewnętrzny PR, który opierać się ma na zrozumieniu pracownika, wsłuchiwaniu się w jego pragnienia, potrzeby, na włączeniu go w proces decyzyjny. Wszystko to brzmi jak jakiś ponury żart, jak referat na plenum KC PZPR. Nie wiem jakim prawem taki PR ma rangę przedmiotu na studiach. To po prostu drwina – nibylogia, której zadaniem jest kontemplowanie jakichś idei, które w realnym świecie nie istnieją. Ja rozumiem, że w ramach np. historii filozofii zarządzania można byłoby karmić studentów takimi treściami, ale żeby taką aktywność nobilitować przez umieszczanie jej pośród autonomicznych przedmiotów?
PRowskie zaklęcia brzmią jak panaceum na pewne niedomagania korporacji. I istocie jednak to nowa propaganda, która działa wewnątrz systemu kapitalistycznego. Nie bardzo tylko rozumiem dlaczego na wieść o propagandzie komunistycznej zwykło się reagować alergicznie, a propaganda kapitalistyczna jest traktowana jakoś lajtowo? Czyżby zadziałał wewnętrzny PR kapitalizmu? To byłby chyba jeden z niewielu dowodów na jego istnienie. Poza oczywiście zajęciami na uniwersytetach i szkołach wyższych tego i tamtego.




Komentarze
Pokaż komentarze (5)