Obserwując scenę polityczną nie trudno dojść do wniosku, że centralnym zagadnieniem poruszanym przez zarówno polityków, jak i komentatorów jest państwo i jego suwerenność. Część z polityków cynicznie wykorzystuje dyskurs suwerenności, aby udawać reprezentację społeczeństwa mentalnie będącego w epoce suwerennych państw narodowych, część z nich naprawdę wierzy, że ta era wciąż i nadal trwa. Kilkakrotnie już pisałem o rozpuszczaniu się władzy państwowej w globalnych procesach. W komentach zarzucano mi, że nie potrafię odróżnić współzależności od suwerenności. Warto byłoby się przyjrzeć więc czym jest suwerenność, czym jest władza i jak zmienia się (zmieniła) jej natura.
Suwerenność klasycznie rozumiana jest zdolnością do wykonywania/sprawowania władzy niezależnej od innych podmiotów. Suwerenności państwowej jest więc tyle ile państwo może wykrzesać z siebie władzy. To ona decyduje o stopniu suwerenności. Czymże więc jest władza? Najprościej mówiąc jest „zdolnością do czynienia rzeczy”.
Najważniejszym pytaniem dzisiaj jest, kto jest w posiadaniu zdolności do czynienia rzeczy. I tu sprawa już zaczyna się komplikować (chyba blog nie jest najlepszym miejscem na takie wynurzenia przez wzgląd na swoją niechęć do dłuższych tekstów). Joseph Nye twierdzi, że istnieje władza twarda i władza miękka. Władza twarda jest władzą rozumianą potocznie. Podmiot X jest w stanie intencjonalnie zmusić podmiot Y do jakiegoś zachowania. Twarda władza wykorzystuje przemoc, represję, łapówkę, przymus ekonomiczny, aby osiągnąć swoje cele. Władza miękka jest czymś bardziej subtelnym. Soft Power opiera się na zdolności do uwodzenia rządzonego. Władza w tej perspektywie nie jest zjawiskiem intencjonalnym. To może być władza dyskursu gównianego kina amerykańskiego z wzorcami zachowań nastolatków, filmów macho z lat 90’ z umięśnionymi, spoconymi, bezkompromisowymi samcami alfa. Reżyser Commando nie musiał być świadom, że tworzy przestrzeń władzy politycznej, amerykanizacji globu.
Ciągle jednak pozostaje kwestia władzy twardej. Ekonomiczny/fizyczny przymus, przekupstwo, kij i/lub marchewka. Który podmiot polityczny posiada dzisiaj niezależną od innych podmiotów zdolność do czynienia rzeczy? Odpowiedź jest oczywista – żaden, i zapewne żaden nigdy tak naprawdę nie posiadał takiej zdolności. Dzisiaj jednak obserwujemy eksplozję podmiotów, które niejako roszczą sobie pretensje do sprawowania władzy w, jak to nazwał Beck metagrze władzy. Z jednej strony mamy państwa, które udają suwerenność, z drugiej mamy międzynarodowe i ponadnarodowe organizacje. Każdy akt wstąpienia państwa do takiej organizacji w jakiś sposób ogranicza zdolność tegoż do „czynienia rzeczy”. Państwo jest za każdym razem odzierane z jakiegoś swojego suwerennego przywileju – a to ze stosowania kary śmierci, a to z możliwości stosowania tortur, a to z bezkarnego trucia środowiska, a to z możliwości połowów wielorybów. Z trzeciej strony mamy ponadnarodowe korporacje. Ich władza to władza, która konstytuuje się poza, albo obok prawa. Korporacje realizując władzę marchewki grożąc nie-kolonizacją w razie niedostosowania prawa państwowego do swoich wymogów. Z kolejnej strony mamy przejawy globalnego społeczeństwa obywatelskiego. Nie jest to demokracja w rozumieniu klasycznym, ponieważ nie działa w ramach państwa. Jest to swego rodzaju neodemokracja, czy też postdemokracja, która działa globalnie.
Ilość aktorów w globalnej rozgrywce władzy powoduje, że żaden z nich nie jest podmiotem, który może nazwać siebie suwerennym. Każdy ogranicza inny w jakiś sposób. Jest to swego rodzaju sieciowy ład (nieład?), w którym każdy podmiot jest węzłem. Jest zdolny do ograniczonego kreowania swojego otoczenia, jednak jest bezwolny wobec globalnych procesów, na które składają się kaskady zdarzeń. Państwo jest tylko jednym z graczy wystawionym na globalne fluktuacje. Nadal istnieje, ale mówienie o jego suwerenności jest zupełnym nieporozumieniem. Jego struktury są coraz mniej istotne wobec nowych tożsamości i nowego sposobu życia społeczeństw.
Dzisiejsza rola „państwa suwerennego”, to raczej rola, za przeproszeniem, dyskursywnego straszaka, który może służyć do utrzymania prestiżu władzy formalnej (bo przecież nie władzy-jako-takiej). Również jest swego rodzaju nowym „opium ludu” – doświadczeniem odpowiadającym na pierwotne, trybalistyczne instynkty ludzkie, na potrzebę wspólnoty i jednoczesnego wykluczania obcych. Jednakoż świat jest gdzie indziej.
Komentarze
Pokaż komentarze (33)