Wydarzył się potworny Przypadek. Dziesiątki okoliczności, które niezależne o siebie do niczego Złego by nie doprowadziły tutaj splatając się razem zabiły prawie 100 osób, w tym sporą część polskiej elity politycznej. Każdy z kilkudziesięciu milionów wypadków drogowych jest nagromadzeniem się nieszczęśliwych okoliczności, kolizją okoliczności, która powoduje, że milion osób rocznie traci życie. Podobnie było i tym razem, z tym, że przedwczoraj zginął prezydent. Wiem, że to jeszcze nie miejsce i jeszcze nie czas, ale muszę się zwierzyć, że mam straszny żal, do sposobu relacjonowania tragedii zdając sobie sprawę z tego, że nie może ona być relacjonowana inaczej. Mam żal do nadreprezentacji „poszukiwaczy sensu i znaków”, pocieszycieli, którzy wypatrują Dobra mającego zakwitnąć po tym co się stało. Mam żal, że dla obiegu publicznego nie istnieją ludzie, dla których tragedia jest niczym więcej jak właśnie potwornym Przypadkiem, zbiegiem okoliczności-zabójcą. Mam żal, że „głębia odczuwania” jest zarezerwowana dla jednej tylko perspektywy odrzucając gdzieś na margines podejście egzystencjalne.
Wielokrotnie źle mówiłem o parze prezydenckiej, o Przemysławie Gosiewskim, o Aleksandrze Szczygło i o Zbigniewie Wassermanie. Jednak chyba to właśnie najbardziej tych osób mi żal, o ile na miejscu jest w ogóle wartościowanie. Pomimo, że wydawali mi się być - przepraszam, ale jeżeli powiedziałbym inaczej byłoby to nadmierną hipokryzją z mojej strony – politycznymi partaczami chyba najbardziej będzie mi ich brakować w massmediach. Tak po ludzku i zwyczajnie. Ich ciapowatość wydawała się być poduszką nieśmiertelności. Ciapy nie umierają.
Chciałbym zaznaczyć, że to nie jest notka żałobna, to jest notka, która powstaje jako obserwacja, po potwornym Przypadku.
Podobnie jak przy pogrzebie papieża media eksploatują tragedię w nieskończoność. Pierwszy, jak ufam, szczery smutek ustąpił już rutynie minoralnych melodii i idiotyczno-skurwysyńskiej salwie pytań „a czy pamięta Pan ostatnią rozmowę ze zmarłym?”; „a czy dostrzega Pan sens w tym co się stało?”; „co Pan czuje, miał Pan być na tym pokładzie?”. Laitmotivem relacji po raz kolejny stał się apel, aby ten smutny karnawał jedności przekuł się w nową jakość. Aby z na tym Źle zakwitło Dobro. Czas zakopać topór wojenny. Polacy potrafią się jednoczyć w momentach tragedii; niech ten jeden raz nasza jedność przetrwa. Jest to czas antycypacji zasypywania podziałów i powszechnego braterstwa. To co się stało jednak nie może skutkować „czymś Dobrym”. Ja najbardziej obawiam się, że długofalowym skutkiem tragedii będzie paradoksalnie rosnąca rusofobia, kolejne podziały i wzmocnienie ekscentrycznych ruchów politycznych.
Byłem przekonany, że zanim do mainstreamu zaczną przebijać się głosy oszołomów, którzy będą oskarżać stronę rosyjską o tragedię minie kilka tygodni. Jednak już dzisiaj poseł Górski sugeruje złą wolę Rosji. Blogosfera wrze w poszukiwaniu strzępków informacji, które pomogłyby zaspokoić spiskowe zapotrzebowanie. To czego obawiam się najbardziej, to przesączenie się tej atmosfery niepewności i oskarżeń pod strzechy w ten sposób, aby przekonanie o spisku lub złej woli Rosji, czy też innego rodzaju Onych przekuło ten niezdrowy ruch w polityczną siłę.
Rzeczpospolita już daje przedsmak tego co będzie się działo. Za chwilę ruszy lawina wzajemnych oskarżeń, kto jest bardziej odpowiedzialny za tragedię. Kto i dlaczego nie kupił nowych samolotów? Kto i dlaczego kazał wsiąść całej elicie do jednego samolotu? Wszystkie te pytania i wzajemne oskarżenia będą rosły w miarę upływu czasu. Jedności nie będzie. Nieumiejętność przyjęcia do wiadomości Przypadków zaowocuje nowymi podziałami i nowymi argumentami. Jak tylko ucichną lamenty tragedia będzie wykorzystywana instrumentalnie.





Komentarze
Pokaż komentarze (42)