Po, moim zdaniem niesprawiedliwych sugestiach, że Mariusz Bulski, aktor wypowiadający się w dokumencie „Solidarni 2010”, został opłacony postanowiła zaprotestować autorka filmu Ewa Stankiewicz. Ona i Jan Pospieszalski według mojej opinii tak dobierali wypowiadających się, żeby pokazać cały przekrój społeczny „oddających hołd”. Napisałem to w cudzysłowie, ponieważ bohaterowie nie tyle w filmie oddawali cześć, ile, w przeważającej mierze, wyrażali swoją frustrację. Zadaniem autorów było odczarowanie wizerunku zwolenników Lecha Kaczyńskiego i całego PiSu. Chcieli więc pokazać nie tylko ludzi że wsi i małych miasteczek, kojarzonych jako elektorat partii Kaczyńskiego, ale również inteligentów, ludzi różnych wyznań, koloru skóry i tfu tfu elitę. Na marginesie można zaznaczyć, że film był oglądany głównie przez osoby starsze z małych miast i wsi. Rolę członka elity – tej prawdziwej, patriotycznej – pełnił właśnie Bulski. Schludnie ubrany, mówiący nienaganną polszczyzną. Osobiście jestem daleki od podejrzenia, że mężczyzna wziął pieniądze za „grę”. Jeżeli nawet by tak się stało, to dla mnie nie stanowiłoby to problemu, o ile artykułowałyby swoje poglądy.
Sugestie, że Bulski został opłacony tak dotknęły autorkę programu, że ta postanowiła zagrozić procesem każdemu, kto będzie powielał tego rodzaju insynuacje. Z jednej strony jest to jej dobre prawo w demokracji. Do tej pory jednak dla prawicy korzystanie z niego było pewnym absmakiem. Grożenie sądem kojarzyło się z najgorszym demonem, Adamem Michnikiem. Jego procesy były, w prawicowym odbiorze, publicystyczną abdykacją i uciekaniem się do politpoprawnej cenzury. Dzisiaj prawica, gdyby tylko była konsekwentna w podstawowych kwestiach dotyczących swoich poglądów, miałaby pewnego moralnego kaca. Bo jak to tak? Żeby Stankiewicz wykorzystywała ulubione narzędzie imperatora z Czerskiej? Co jest? Abdykacja?





Komentarze
Pokaż komentarze (113)