Raz na jakiś czas spotykam się z moim bardzo dobrym kolegą w celu kosztowania nihilistycznych uciech nocy. Nasz koncesjonowany bunt zazwyczaj kończy się na zakładaniu nóg na stoliki w pubach i mówieniu brzydkich słów. Przewijają się czasami rozmowy na tematy społeczno polityczne. Kiedy ostatnio się spotkaliśmy ja, domorosły filozof starałem się przekonać mojego dobrego kolegę, znamienitego prawnika młodego, czy też bardzo młodego pokolenia, że należy zmienić System. On, biegły w wprawie i przekładaniu idei na praktykę (czy też odrzucaniu idei, jako oderwanych od praktyki) twierdził, że właściwie nie wie czym jest System, a jeżeli ów nawet by istniał, to byt nasz należałoby poprawiać w jego ramach, a nie burzyć i budować nowy.
Godzina była już późna, Dionizos wykonał swoją krecią robotę; nie bardzo byłem w stanie przekonać kolegę co do konieczności rewolucji. Opis Systemu jest przedsięwzięciem złożonym i wymagającym czystości umysłu. Doszliśmy jednak do pewnego porozumienia, że Zmiana powinna zacząć się u podstaw, w systemie edukacji. I pal licho czy to co hipotetycznie zmieniamy nazywać się ma Systemem. Ale hola, hola właśnie zmiana systemu edukacji, tworzenie „nowego człowieka” postkapitalizmu byłaby zmianą Systemu sensu largo. Bo czy dzisiaj, ktokolwiek wyobraża sobie sytuację tego rodzaju, że za co piąty, lub co dziesiąty posiłek w restauracji klient nie płaci? Po prostu sobie wychodzi? No właśnie. A pracodawca za tyle mniej więcej nadgodzin nie płaci. I System go w tym wspiera całym arsenałem przyzwoleń, ustalonych konwenansów, wilczych biletów i walką o wzrost zysków.





Komentarze
Pokaż komentarze (6)