Muszę powiedzieć, że nie wierzyłem w to, że Jarosław Kaczyński zdecyduje się na start w wyborach. Nie wierzyłem w to przynajmniej przez pierwsze kilka dni po katastrofie. Rozważano inne kandydatury, mając na uwadze to, że postać Kaczyńskiego jest, delikatnie mówiąc, kontrowersyjna. Każda inna osoba na jego miejscu mogłaby przyciągnąć nieco elektoratu bardziej umiarkowanej prawicy (nazywanie go centrowym byłoby nadużyciem), jednak nie zrównoważyłoby to sporej ilości twardego elektoratu, który obrażony zostałby w domu.
Zapewne istotnym pytaniem jakie stawiali sobie PRowcy PiSu było, jak przedstawić Kaczyńskiego by, po tragedii, która go spotkała, nie wyszedł na człowieka zimnego, a z drugiej na osobę, która nie jest w pełni władz psychicznych. Postanowiono skorzystać z opcji, która jest rzuceniem czegoś dla elektoratu umiarkowanego i PiSowskiego betonu jednocześnie. Formalnie kandydatem na prezydenta jest Jarosław Kaczyński, jednak kampanię prowadzi za niego Joanna Kluzik-Rostkowska. Wydaje się, że jest to rozwiązanie najlepsze z możliwych. Po pierwsze Kaczyński, będąc w bardzo trudnej sytuacji zachowuje powagę. Zwolennicy „twardego kursu” mają swojego kandydata. Z drugiej strony Kluzik Rostkowska łagodzi wizerunek prezesa partii.
Spin doktorzy Prawa i Sprawiedliwości postąpili najlepiej jak tylko mogli. Wiedzieli jak wielkie kontrowersje budzi osoba Jarosława Kaczyńskiego i w jak łatwy sposób może on nagonić negatywny elektorat. Pomimo tego, że nie wierzę w wygraną prezesa, to takie posunięcie wydaje się wzmacniać jego szanse. Bo Kaczyński, który jest strawny dla szerszego grona wyborców, to taki Kaczyński, który nic nie mówi i którego właściwie nie ma.





Komentarze
Pokaż komentarze (86)