Blogerka bożena w swojej notce pod wiele mówiącym tytułem "Kto się boi rodziny?" wyraziła swoje stanowisko dotyczące, jak ona to nazwała, ludzi wykorzenionych. Człowiek wykorzeniony, to taki który, jak stwierdza autorka, boi się rodziny i tradycyjnych wartości. A boi się, bo ich nie rozumie (tutaj pojawia się pytanie, czy tradycjonalista boi się wszystkiego co nietradycyjne, dlatego, że tego nie rozumie?). Nie ma korzeni, nie ma twardego kręgosłupa i właśnie dlatego jest podatny na bajdurzenia różnorakich fałszywych proroków od wieków pragnących wyhodować sobie nowego człowieka. Człowieka zniewolonego, który będzie, jak to określa autorka „zapierdzielał na ich dobrobyt”.
To symptomatyczne. Ktoś, kto nie wykazuje szczególnego przywiązania do tradycyjno-konserwatywnego postrzegania świata jest w jakiś sposób poraniony. Nie tylko emocjonalnie, co - a może przede wszystkim - intelektualnie. W ten sposób zamyka się w publicznym dyskursie usta ludziom, którzy nie są zwolennikami bogo-rodzinno-ojczyźnianej frazeologii. Osoby takie traktuje się jako pomylonych odszczepieńców nieistotnych, ponieważ intelektualnie poturbowanych, a u źródeł tego poturbowania leży jakaś krzywda. Jako, że u źródła ich dystansu do głównego nurtu dyskusji leży jakaś emocjonalno-intelektualna rana, posiadają bardzo słabe poznawcze fundamenty. Są więc podatni na różnego rodzaju wpływy osób zainteresowanych ich „urabianiem”. Odmawia się więc im racjonalności. Nie są podmiotem poznającym, tylko przedmiotem, któremu wpajana jest propaganda z ośrodków korzystających materialnie na ich intelektualnym pokiereszowaniu. Zdania osób tych nie należy w dyskusji rozważać, tym osobom należy współczuć.
Mnie osobiście dziwią poglądy, których racjonalność opiera się na przedwiecznym autorytecie – taki autorytet nie istnieje, każdy pogląd podlega modyfikacjom, w pewnym momencie jest kwestionowany i zastępowany przez inny. Dziwi mnie gloryfikacja rodziny, jako celu samego w sobie – ta w dzisiejszym kształcie wykształciła się dopiero wraz z nastaniem ery przemysłowej i wraz z zakorzenianiem się informacjonizmu odchodzi w przeszłość. Dziwi mnie wychodzenie z pozycji autorytetu tradycji, gdyż ta podlega nieustannej ewolucji.
Pragnę, nieco buńczucznie, zaznaczyć, że osoby słuchające tyrad z piedestału tradycji i wartości, zdające sobie sprawę z tego, że społeczeństwo jest procesem, że w jego łonie zachodzą nieustannie zmiany, a najgłębszą naturą ludzkości jest nieustanna ewolucja i innowacja, czują zakłopotanie podobne do tego, które towarzyszyłoby europejczykowi słuchającemu opowieści Neurów dotyczących urządzenia wszechświata. Oczywiście z tym zastrzeżeniem, że nie byłby ów europejczyk antropologiem.





Komentarze
Pokaż komentarze (13)