Fruwający ornitolog, czy też praktykujący politolog, doktor Marek Migalski tracąc - jak sam niegdyś przyznał - miano niezależnego eksperta, stając się tym samym ekspertem zależnym zamieścił dzisiaj na swoim blogu tekst, który miał obnażać hipokryzję politycznych oponentów. Ci, rzekomo en masse, z jednej strony wychwalają libertyńskie singielstwo i inne nowinki obyczajowe zgniłego Zachodu, z drugiej jako wielki atut kandydata Salonu przedstawiają jego liczne potomstwo. Żeby była jasność: w nosie mam ilość dzieci Bronisława Komorowskiego i stan cywilny Jarosława Kaczyńskiego. Jedno i drugie interesuje mnie w stopniu podobnym jak nazwiska wychowawczyń kandydatów w klasach 1-3 (o ile taka instytucja za młodu kandydatów istniała). Zgadzam się tutaj w pełni z Markiem Migalskim, który pisze: Co to zresztą za metodologia poszukiwania prezydenta? Ilością dzieci i urodą żon mamy się kierować 20 czerwca? Żarty sobie robicie? Toż to godne najbardziej fundamentalnych talibów religijnych czy histerycznych dewotek, niż takich "otwarciuchów", jak wy. (…) Toż to kołtuństwo i dulszczyzna w czystym wydaniu!
Dalej już jednak (spin) doktor troszkę w ironii poszedł za daleko. Przesadził najzwyczajniej. Nie tylko oponentom od „tanich podróbek”, „imitatatorów nowoczesności” wygarnął, ale również przedstawił Jarosława Kaczyńskiego jako singla, awangardę liberalizmu obyczajowego. Cienka linia dzieli i autoironię zamierzoną od niezamierzonej. Nie jestem pewien, czy samemu kandydatowi PiSu takie określenie by się spodobało, choć wiemy dobrze, że jest w stanie sporych poświęceń podszytych postpolityką w imię idei dokonać.
Pojawia się pierwsza grupa pytań: jeżeli Jarosław Kaczyński zamienił się w kandydata „Catch All”, łapiącego jak najszerszy elektorat, sadzącego „Bartka” przed czterema setkami lat, odwołującego się do tradycji, łagodzącego ton wobec „braci Rosjan” a jednoczęnie nowoczesnego singla, postępowca obyczajowego to jak daleko poszła jego metamorfoza? Czy za tydzień okaże się, że za czasów młodości poszukiwał w podziemiu płyt Rolling Stonesów i był w awangardzie hippisowskiej? Czy przyzna się, być może klawiaturą Marka Migalskiego, jak niegdyś tęga głowa Platformy, koneser sztuki audialnej Sławomir Nowak, że lubi sobie posłuchać polskiego Hip Hopu, bo tam jest zawarta „prawda pokolenia”?
Drugie grupa pytań jest następująca: jeżeliby się okazało – a czego prawdopodobieństwo jest liche – że Jarosław Kaczyński wygra wybory prezydenckie, to czy będzie „prezydentem wszystkich Polaków”? Czy będzie więc jedynie ozdobą pałacu „bez kręgosłupa”, bez wartości? Czy będzie trzeba niepochlebnie się wyrazić o „ludzie”? A być może właśnie pochlebnie, bo przecież na pytanie o wiarę narodu w swoją metamorfozę odpowiedział nieco przewrotnie, że zostawia to „inteligencji społeczeństwa”.
I pojawia się kolejne pytanie, które podsuwa sam doktor Migalski. Jeżeli PO, ta liberalna obyczajowo (moim zdaniem w stopniu bardzo umiarkowanym) partia jest tylko „tanią podróbką” awangardzisty-singla Kaczyńskiego, to czyją podróbką jest Jarosław Kaczyński? Kuby Wojewódzkiego?





Komentarze
Pokaż komentarze (70)