Wczoraj Krzysztof Wołodźko podjudzony przez Igora Janke zaproponował mi wizytę w sztabie wyborczym Bronisława Komorowskiego. Niestety z powodów zbyt wielkiej liczby gości nie udało mi się wcisnąć. Zdeklarowałem już Jaśnie Nam Panującemu, że, o ile nie dopadną mnie tzw. życiowe okoliczności, chętny jestem znaleźć się w gnieździe os w II turze, skąd obiecuję złożyć bezstronny, oświecony, niezależny raport na swoim blogu.
Tymczasem właśnie skończyła się cisza wyborcza. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że jest kilka istotnych kwestii. Pierwsza, to frekwencja, która wzrosła w stosunku do tej sprzed 5 lat. Pytaniem jest dlaczego tak się stało. Czy jest to skutek nadzwyczajnych okoliczności, w których toczyła się kampania? Czy być może jest to owoc zakrojonej na szeroką skalę akcji zachęcającej obywateli do głosowania?
Druga sprawa, chyba najbardziej interesująca, zwłaszcza dla prawicy, to kwestia wiarygodności sondaży. Okazało się, że wbrew wszelkim zaklinaczom rzeczywistości i tajemnym wynikom sondaży, gdzie Bronisław Komorowski miał mieć kilkanaście procent poparcia, przewidywania z 18 czerwca właściwie pokrywają się z wynikami sondaży przedstawionymi podczas dzisiejszego wieczoru wyborczego. Komunikaty PKW będą wskazywać początkowo zawyżony wynik Komorowskiego i zaniżony Kaczyńskiego – do PKW najpierw spływają wyniki z dużych miast, które raczej głosują na PO niż na PiS.
Założycielski pisowski mit o kłamliwych sondażach wziął się z pewnego nieporozumienia. Lechowi Kaczyńskiemu 5 lat temu słupki wzrastały, Donaldowi Tuskowi malały. Tendencje były dość widoczne. Różnica między liczbami sondażowymi, a wynikiem wyborów oscylowała w granicach kilku proc., podobnie jak dzisiaj. Kwestią najistotniejszą była psychiczna granica wygrany – przegrany. Dzisiaj jednak widać, że sondaże opinii publicznej to dość skuteczne narzędzia badawcze.





Komentarze
Pokaż komentarze (15)