Kilka dni temu w całej Polsce do sklepów z dopalaczami ruszyły kontrole skarbowe. Akcja „stop dopalaczom” wspierana jest ochoczo przez, liberalne, a wręcz lewicowe ponoć, media. Wydawałoby się, że w państwie prawa to, co nie jest zabronione jest dozwolone, jednak zasada ta bywa ograniczana wykwitami narodowego konserwatyzmu. Bo niby dopalacze nie są nielegalne, ale przecież wiadomo, co ta pokaleczona młodzież z nimi robi. W żyłę daje! W kanał! W ciemnych uliczkach, między wilgotnymi od moczu, zagrzybiałymi ścianami wychudzona młodzież z ciemnymi dołami zamiast oczu zostawia strzykawki po dopalaczach i wraca do domu tylko po to, aby wynieść jakiś sprzęt RTV, upłynnić i mieć na kolejną „działkę”. Bo, jak przedwczoraj napisał jeden z blogerów, dopalacze są substancjami „halucynogennymi”. Zapewne i kawa w sporych ilościach jest substancją halucynogenną. Bardziej świadomi obywatele, którzy zdają sobie sprawę z tego, że dopalaczy się nie ładuje w żyłę, również wiedzą swoje. Być może to takie niewinne, mniej szkodliwe, ale finalnie i tak sięga się po „białą śmierć”. Dopalacze są początkiem drogi, która nieodmiennie kończy się między tymi zasikanymi murami ze strzykawką wbitą w żyłę. Te fałszywe wyobrażenia wzmacniają żądne łatwej sensacji media, które udając, że występują w obronie dobrych obyczajów i karności dziatwy w istocie utrwalają idiotyczne, konserwatywne stereotypy.
Mali i młodzi przedsiębiorcy podobno są solą ziemi, tej ziemi. Podobno jest im należna szczególna atencja państwa, pomoc. I państwo postanowiło swoje kompetencje, przy okazji zresztą kampanii wyborczej, wykonywać za pomocą wzmożonej kontroli. Bo przedsiębiorca dobry, o ile jest ideologicznie neutralny. Dopalacze, czy też marihuana (chyba wszyscy myślą o tym synonimicznie) to rozrywka pośród dzisiejszych nastolatków i dwudziestolatków porównywalnie popularna do papierosów. Dostępność i używanie takich rzeczy jest powszechne. To jednak nie mieści się w głowach rodziców, którzy powtarzają mantry o „białych śmieciach” i nie przyjmują do wiadomości, że nieodzownym elementem imprez, na które chodzą ich dzieci jest jakieś palenie. Cyniczni redaktorzy z troską wypytują się o konsumentów dopalaczy sami popalając po pracy i weekendami. Wszystko to opiera się na micie ogromnej szkodliwości społecznej dopalaczy. To konserwatywny mit zepsucia, kulturowej obcości. W czasie, kiedy wskutek dopalaczy umarło kilkoro młodych ludzi alkohol zabił młodych kilkadziesiąt razy tyle, a starych kilka tysięcy razy tyle. Świat jest gdzie indziej.
Wyobrażam sobie tego rodzaju nasilenie kontroli w firmach marketingowych. O, to by było deptanie swobody gospodarowania, zamach na wolność, dławienie inicjatywy, hamowanie potencjału. To by był PRL bis, Korea Północna, Pol Pot, Republika Bananowa i Bantustan. O ile w firmach marketingowych co najwyżej nie płaci się nadgodzin, to do branży budowlanej kontrole by się przydały jak nic. I nie tylko skarbówka, ale i Inspekcja Pracy. Wiadomo powszechnie, że na budowach połowa robotników jest zatrudniona na czarno. Jak im szalunek paluchy połamie, to zmykaj waćpan, na Twoje miejsce są inni, piwko leje się strumieniami, a jako, że nie ma umowy, to i pensje można inaczej naliczyć, albo zapłacić po 3 tygodniach. Tam by się przydały kontrole. Ale znowu – Korea Północna, Stalin, Lenin, Mao. Analitycy nas nauczyli, że prawem rynku, takiego prawdziwie wolnego, prawie że prawem natury jest ucieczka w szarą strefę. I państwo to rozumie i przymyka oko na te połamane ręce, nogi, palce, brak emerytur, wódeczkę w miejscu pracy, niewypłacanie pensji, bo to naturalna kolej rzeczy – szara strefa po prostu musi być i już. Tak mówią analitycy.





Komentarze
Pokaż komentarze (31)