Wczoraj Bogdan Rymanowski podczas wieczoru wyborczego przytoczył słowa Lecha Wałęsy, który ponoć miał powiedzieć, że Jarosław Kaczyński jakby wygrał to by przegrał, jednak jeśli miałby przegrać, to by wygrał. Efektowne to dość stwierdzenie i nieco zaskakujące w odniesieniu do wyścigu, w którym miana zwycięzcy nie da się za bardzo niuansować. Patrząc jednak z perspektywy długookresowej to przewrotne stwierdzenie nie jest aż takim przerostem formy nad treścią na jaki wygląda.
Jarosław Kaczyński jako prezydent nie miałby motywacji do kolejnego, jak sądzę, niezwykle męczącego dla niego udawania osoby, którą nie jest. Cała przemiana, wszystkie te gesty wobec braci Rosjan, średnio-starszego pokolenia polityków lewicy, Edwarda Gierka, a jakby kampania potrwała jeszcze chwilę to zapewne i wobec etosu Gomułki, nie przychodziły Kaczyńskiemu łatwo. Trwanie w tym lewitatywnym stanie od wyborów do wyborów zapewne byłby dla Kaczyńskiego niszczące. Nie jest on politykiem plastycznym; jest ostatnim, który uległ postpolityce. Powrót do starego języka insynuacji, do metody „dziel i rządź” z pewnością spowodowałby odpływ elektoratu, który wybrał go nie ze względu na jego polityczny kręgosłup, ale przez jego niezaprzeczalną dominację intelektualną nad Bronisławem Komorowskim i po prostu współczucie z powodu straty brata. Kaczyński jako prezydent byłby o wiele ciężej strawny niż Kaczyński jako kandydat. Do tego doszłaby niepewność trwałości Prawa i Sprawiedliwości. Dzisiaj PiS nie opiera się o wewnętrzne instrumenty wyłaniania władzy, koteryjność raczej jest usypiana, bo nad wszystkim czuwa baczny wzrok pasterza. Nawet częściowa utraty władzy nad partią przez Kaczyńskiego mogłaby oznaczać dla partii pewne kłopoty i konieczność stworzenia dyscyplinujących instrumentów nieopartych na charyzmie przywódcy, co jak się wydaje, nie byłoby łatwe w organizacji, której spójność opiera się głównie na sile autorytetu przywódcy.
Prawo i Sprawiedliwość jest partią kryzysu i tylko poprzez dyskontowanie kryzysów jest w stanie gromadzić wokół siebie elektorat, który przekracza dwadzieścia kilka procent. Jego twardy rdzeń to ok. 10% wyborców, którzy są zwolennikami teczkowo-dukaczewskiego paradygmatu i wizji ciągłej drogi krzyżowej ojczyzny. Do tego dochodzi kilka procent różnego rodzaju antysemitów, prawdziwych polaków-katolików, małych miasteczek i wsi noszących klasową urazę do kandydatów „z dużych miast”. Kaczyński potrafił wzmocnić swoją pozycję w skutek politycznego zdyskontowania tragedii smoleńskiej. Zarówno on, jak i jego partia wyszli po tych wyborach niewątpliwie wzmocnieni. Kaczyński jako prezydent bardzo szybko roztrwoniłby ten kapitał.





Komentarze
Pokaż komentarze (36)