Mąż stanu, Ryszard Czarnecki zastanawiając się nad gorliwością antykrzyżowej – cóż za paradoks! – krucjaty przywołuje historyczne zaszłości czasów demokracji ludowej. Żywi nadzieję europoseł, że obrońcom tego fundamentu, na którym wspiera się nasza strapiona cywilizacja, fundamentu, dzięki któremu wzrosła średnia długość życia, poprawiły się warunki sanitarne, ludzie uzyskali formalną równość wobec prawa, zwiększyła się liczba metrów kwadratowych, watów, lumenów, kalorii, gigabajtów, megaherców, koni mechanicznych, żywnościometrów i dolarów na głowę, że obrońcom tego całego dziedzictwa krzyżowego nie grożą represje na miarę tych z lat, wydawałoby się, minionych. Choć polityk wprawiony w dalekosiężnych przewidywaniach, nie przesądza, czy tak się nie stanie. Czy aby władza nie otworzy ognia do czuwających? Czy służby mundurowe nie zaatakują bielą szturmówek rozmodlonej młodzieży? Jak podsumowuje swój wywód Czanecki – oby!
Więc znowu walka z krzyżami rozpoczęta. Mamy repetę z historii. Po raz kolejny władza chce odrzeć naród z godności, a jak wiadomo naród bez krzyża nie ma godności! Czy ktoś zna jakiś godny naród bez krzyża? Narody niegodne– oczywiście. A przecież krzyż tam spontanicznie, przez młodych, dzielnych, 3 noce nie spali, a ustawili krucyfiks, a serca ich gorące, a skoro spontanicznie ustawili krzyż, to jasnym jest, że ten po wsze czasy zagwarantował sobie miejsce.
Decyzję w sprawie umiejscowienia symbolu Warszawska Kuria, po prawdzie, pozostawia Kancelarii Prezydenta, jednak część polityków bardziej jest katolickich niż kościelni hierarchowie. Oni wiedzą, że usuwanie krzyża, symbolu cywilizacyjnego nie podobna. Zwłaszcza dekretem. Tylko co ma wspólnego symbol cywilizacyjny z katastrofą smoleńską?
Krzyż jest symbolem pewnej wizji tego co wydarzyło się w Smoleńsku. Zamydlanie oczu "fundamentami cywilizacji", "spontanicznymi akcjami", "uszanowaniem prawa do modlitwy" jest tylko przykryciem faktu, że krzyż jest symbolem „męczeńskiej śmierci” pary prezydenckiej. A takie postawienie sprawy ma już silne konotacje polityczne. Nie chodzi o żaden „naród”, tylko o pewną grupę społeczną; nazwijmy ją roboczo Solidarnymi 2010. Chodzi o wizję, że Lech Kaczyński poległ w obronie wartości i te rozciągnięte na wizję ładu społecznego, którą reprezentował, muszą znaleźć utrwalenie pod Pałacem Namiestnikowskim. Mit „męczeńskiej śmierci” czy testamentu jest świetnym politycznym instrumentem do walki politycznej. A przecież do męczeństwa potrzebna jest zdawanie sobie sprawy z zagrożenia i poddanie się mu z całą świadomością. Nie jest męczennikiem ktoś, kto ginie w wypadku drogowym jadąc do pracy. Wydawałoby się, że mówienie o takich oczywistościach jest zbyteczne, jednak czytając komentarze odnosi się wrażenie, że należy o tym wspomnieć. Nie ma jednak nic lepszego dla Prawa i Sprawiedliwości niż metafizyczny glejt na drodze ku nienazywanej od pewnego czasu IV RP. Projekt jednak pozostaje, jak się wydaje, aktualny. Najlepszym dowodem na to jest „obrona krzyża”.





Komentarze
Pokaż komentarze (49)