Dominik Smyrgała pomstuje na swoim blogu na poziom wyedukowania dzisiejszej młodzieży połączony z przynależną jej butą. Za przesłankę do sformułowania tezy o nienależnej pysze intelektualnej młodych i zawyżonym mniemaniu o sobie posłużyło mu doświadczenie dydaktyczne wyniesione z warszawskiego Collegium Civitas. Bloger wymienia kilka przykładów, które wskazują na liczne braki w wykształceniu dziatwy. Do tego dorzuca wzmiankę o „moherowych beretach”, jak sądzę, pokornych, wyzbytych z wszelkiego protekcjonalizmu i klasowych animozji. Przeciwstawia autor tą grupę społeczną pysznym, acz głupim młodzianom, „wykształconym” z wielkich miast. Ale z czegoś chleb jeść trzeba, zatyka więc Dominik Smyrgała nos, wywraca pogardliwie oczami uwidoczniając poprzecinane krwawymi żyłkami białka i idzie na uczelnię, gdzie nurza się w intelektualnych patologiach, durniów, osłów i nierobów szlifuje, a tych co się nie dają odprawia z kwitkiem. I nie cechuje go żadna pogarda w stosunku do tych nadętych bananów, wielkomiejskich jełopów, która właściwa jest rzeczonym w stosunku do moherowych beretów.
Z jednej strony nie ma co się dziwić badaczowi, że dotknięty jest kompleksem wyższości. Jest to syndrom, który chyba z definicji nieobcy jest intelektualiście, czy jak kto woli, inteligentowi. Albo jest to więc odraza do poglądów i zaściankowości małomiasteczkowej tłuszczy, albo wstręt do wielkomiejskich krezusów, którzy co prawda posiedli pieniądz budując na nim poczucie wyższości, ale oleju w głowie kupić niepodobna. Ten drugi model połączony często jest z afirmacją małomiasteczkowego spokoju, mądrości życiowej i szlachetności prostego człowieka, choć dodać należy, że inteligent uprawiający działalność naukową z małym miasteczkiem ma najczęściej styczność poprzez agroturystykę, a poczciwość mieszkańców małych miasteczek wywodzi z obrazów typu Plebania. Z rzadka, ale zdarzają się również kompilacje obu postaw. Do tego wszystkiego dochodzą wrogości klasowe, których również trudno jest się wyzbyć. Autor tejże notki nie jest jednak terapeutą ani psychologiem, nie ma ambicji publicznego portretowania osobowości, mimo że powyższe trochę przeczy temu co tutaj deklaruje. To co wyżej jest raczej stwierdzeniem pewnych generalnych tendencji, które dalece wykraczają poza przypadek rzeczonego blogera.
Nie da się ukryć, że Dominik Smyrgała wskazał na pewną istotną kwestię społeczną. Robił to być może w sposób niezbyt delikatny i przyjemny dla osób, które z łatwością mogą rozpoznać siebie w przytoczonych przez blogera przykładach. Jednak diagnoza u podstaw jest słuszna – wykształcenie się dewaluuje. Naprawdę interesująca jest przyczyna tego procesu. Dlaczego idąc na studia politologiczne cała grupa studentów nie wie co wydarzyło się 17 września 1939 roku? Dlaczego studenci nie potrafią wskazać Ukrainy z dokładnością do kontynentu? Powstaje pytanie czy studenci w ogóle są zainteresowani przedmiotem swoich studiów. Odpowiedź jest jednocześnie banalna i zaskakująca: nie. Wielu spośród nich otwarcie przyznaje, że przyszli tylko i wyłącznie po dyplom, a nie po wiedzę. Sprawę czują nosem, bo przecież pracodawca nie pyta ich o wiedzę, tylko o papier i doświadczenie zawodowe. To ostatnie nie sprzyja raczej atencji na zajęciach – trudno uważać na wykładach i ćwiczeniach, kiedy wyrabia się na bezpłatnych praktach. Pracodawca od pracownika wymaga posłuszeństwa, a nie filozofowania. To ostatnie może się źle skończyć. Rynek nie nagrodzi za wiedzę. Do tego dochodzi kiepskie, że tak powiem, systemowe ciśnienie na wiedzę oraz polska kultura, która ubóstwia zdrowy rozsądek i mądrość ludową. No i kapitalistyczne machiny medialne, które w ogromnym stopniu tworzą dzisiejszą rzeczywistość społeczną. Te również nie są zainteresowane wiedzą, a zyskiem, który jest paliwem w „wyścigu do dna”. No, ale z drugiej strony intelektualista może nad tym ubolewać i wyzwierzęcać się na blogu.





Komentarze
Pokaż komentarze (57)