Kilka dni temu usłyszałem dość ciekawą historię. Źródło można uznać za wiarygodne, więc nie mam widzę powodu, aby nie wierzyć, że wydarzenia rzeczywiście miały miejsce. Otóż na jednej z mazurskich, nienajbogatszych wsi, gdzie nie dotarła jeszcze klasa wyższa ze swoimi domami nad samym jeziorem, kładkami o powierzchni powyżej 100 m2, Porsche Cayenne a wraz z nią nie dotarły droższe sklepy i zaczątki wodnych sportów ekstremalnych, rodzina oglądała telewizję. Program prezentował artystów scenicznych. Mniejsza czy były to gwiazdy, które śpiewają i tańczą, poszukiwania talentów, mniejsza o to czy była to produkcja na polskojęzyczna na licencji, czy produkcja niepolskojzyczna na licencji. Na scenę wchodzi czarnoskóry wykonawca. Wtem jedna z osób oglądających program, młoda (bardzo młoda) matka mówi do swojej latorośli: „o, popatrz, czarnuch”. Na to jej siostra, która dość długi czas mieszkała w Olsztynie – moim zdaniem jednym z najładniejszych polskich miast – poznawszy świata, dość dobrze wykształcona, ocierająca się o doktorat z historii sztuki, obracająca się w tzw. socjecie artystycznej pyta dlaczego od młodych lat uczy rasizmu swoje dziecko? Na to młoda matka stwierdza, ze w „tym kraju tolerancja nie popłaca.” No tak, czarni zabrali jej dom, azjaci, obniżyli pensję w polskim sklepie, w którym na czarno zatrudnia ją lokalny bonzo, samochód okradli Hiszpanie, Hindusi rozpili brata. I wszystko to na mazurskiej wsi niedaleko Olecka.
Pojawia się pytanie ważne dla lewicy: na ile powinna ona wsłuchiwać się w głos ludu, a na ile puszczać ten głos mimo uszu. Wydaje się, że dzisiejsza lewica ma problem z tą kwestią. Z jednej strony bowiem lewica nowoczesna, czy też postnowoczesna, skupiona wokół takich środowisk jak choćby Krytyka Polityczna kładzie spory nacisk na wielkomiejskie problemy z genederem, równouprawnieniem osób homoseksualnych, wolnością artystycznej ekspresji i przyczynia się do tego, że kwestie ekonomiczne gdzieś niknął między promocją spektakli teatru ekstremalnego i antologii sztuki gejowskiej. Z drugiej strony lewica w jej tradycyjnym charakterze, czyli choćby Piotr Ikonowicz, dla wielu jest po prostu trudna do zaakceptowania z powodu siermięgi dyskursu, bez względu na to ile ta postać ma racji. Jaka jest więc droga lewicy i jakie jest jej stanowisko wobec osób ekonomicznie wykluczonych, biednych, upokorzonych? Wydaje się, że lewica ponowoczesna wybrała drogę milczenia wobec ewentualnych beneficjentów swoich poglądów: teatr ekstremalny nie dotrze do ludzi na mazurskiej wsi. Podobnie postulaty równouprawnienia osób homoseksualnych, adopcji przez nich dzieci, wolności ekspresji i ponowoczesnej sztuki. A z pewnością są to osoby potrzebujące wsparcia i pomocy, aby nie reprodukowały biedy, patologii, agresji, rasizmu, nietolerancji. Lewica nie mówi o tym, o czym mówią ludzie z nizin, tylko o nich samych, chociaż niestety dość rzadko przebija się ten głos przez dyskurs emancypacyjny.
Spójna światopoglądowo, nowoczesna lewica z postulatami ekologii, wrażliwości na cierpienie zwierząt, walki o emancypację kobiet, prawa osób homoseksualnych, walcząca o wolność ekspresji w świecie sztuki i tożsamości nie znajdzie w tych kwestiach sojusznika pośród osób biednych, wykluczonych, ze społecznych nizin, ekonomicznie upokorzonych. Jestem zdania, że współczesna lewica musi pogodzić się z pewnym rodzajem wpisanego w siebie protekcjonalizmem. Nie tyle powinna „wsłuchiwać się” w rasizm i nietolerancję osób wykluczonych ile go „słuchać” i w ten sposób diagnozować problemy osób biednych. Bo z wrogością bardzo często jest związane jakieś upokorzenie i krzywda.
Dziewczyna, która mówi „popatrz synku, czarnuch”, nigdy w życiu nie widząc na własne oczy osoby czarnoskórej, nie będzie popierać adopcji dzieci przez osoby homoseksualne, nie zrozumie postulatów parytetowych, nie będzie popierać postulatów ekologicznych. Nie, dopóki będzie w pewnym stopniu czuła się wykluczona z podziału bogactwa, dopóki będzie czuła się gorsza (tolerancja nie popłaca). Tutaj chyba też jest napięcie między szeroko pojmowaną lewicą a szeroko pojmowanym liberalizmem. Ten ostatni twierdzi, że jednostka potrafi być racjonalna i nikt w jej sferę wolności przekonać nie powinien wkraczać. Lewica natomiast, przynajmniej tak mi się wydaje, dystansuje się do takiego poglądu. Nieco wulgaryzując: „lewica wie lepiej”. Nie wierzy w racjonalność człowieka i w to, że jest on zdolny zawsze prawidłowo rozpoznać swoje interesy i kierować się wartościami takimi, które nie będą krzywdzić innych. W tym szerokim sensie lewica jest obrończą liberalizmu: twierdzi, że istnieje pewien zestaw wartości ponad wolność, ale paradoskalnie, do realizacji wolności niezbędnych. Nie chcę mówić o „wolności fałszywej”, bo to domena dyskursu Kościoła. Trudno jednak sądzić, że większość, być może materialnie upokorzona, pozwoli na ekspresję mniejszości, bo przecież „tolerancja w Polsce nie popłaca”.





Komentarze
Pokaż komentarze (11)