Dzisiaj podczas podróży na dalekie odcinki Alei Jerozolimskich, spory kawałek za Blue City, przypadkiem uświadomiłem sobie rzecz, na którą wcześniej nie zwracałem uwagi. Oczywiście zdawałem sobie sprawę z problemu, ale nigdy on do mnie tak naprawdę nie dotarł. Podobnie jak nie odciera do ludzi umieszczających żenujące zdjęcia na Naszej, że ich fotki są NAPRAWDĘ publiczne. Podczas przechodzenia przez przejście dla pieszych podeszła, a właściwie podjechała, niepełnosprawna kobieta i poprosiła o pomoc w przedarciu się na drugą stronę skrzyżowania. I dopiero wtedy zrozumiałem jakim koszmarem musi być życie w stolicy dla osoby na wózku. Nowa nawierzchnia, nowa kostka brukowa, nowe krawężniki. Wszystko dostosowane do potrzeb rowerzystów, ale już nie do potrzeb osób na wózkach inwalidzkich. Między jezdnią a chodnikiem niby jest zjazd i podjazd, ale między chodnikiem a ulicą stworzony został rodzaj jakiegoś kanaliku służącego zapewne do odprowadzania wody z ulicy. Trzy centymetry krawężnika w dół, dwie płytki – dziesięć centymetrów, trzy centymetry krawężnika w górę. Tak przy zjeździe na jezdnię, przy wjeździe na chodnik. A skoro ulica jest dwupasmowa, a trzeba pokonać pół skrzyżowania, to nic dziwnego, że osoba na wózku woli poprosić nieznajomego niż się sama tłuc po tym torze przeszkód.
Delikatnie mówiąc daleko mi do Pudziana, jednak czasami zdarza mi się zrobić pompkę i przebiec kilka metrów. Nie jest z moją kondycją tak źle, a mimo to używając mięśni nóg i rąk sprawiło mi sporo trudności przeprowadzenie kobiety. Wyobrażam sobie jak kłopotliwe musi być manewrowanie za pomocą samych rąk. Później Leclerk, do którego pani zmierzała po zakupy. Tam jeszcze gorzej. Żadnego wjazdu na chodnik, a wysokość krawężnika sugeruje planowe uniemożliwienie wjazdu nań czołgu. Zostaje jezdnia. Między samochodami, wymijając – a jakże – polskie dziury i kałuże.
Jak upokarzające musi być poruszanie się dla osoby niepełnosprawnej. A przecież to stolica, centrum Europy. A co się dzieje na prowincjach? Kiedyś miałem okazję pomagać dziewczynie w moim rodzinnym Ełku. Wtedy jeszcze po niewymienionych starych popękanych, powyrywanych w części chodnikowych płytkach, przez chodniki bez zjazdów, chyba, że za taki uważa się obniżenie dla rowerów górskich. Do samego bloku, w którym przed wejściem znajdował się dziesięciocentymetrowy próg. Bez podjazdu. Tak chyba dostojniej. Na moim wydziale nie było windy dla niepełnosprawnych. Jak przyszedł jakiś kłopotliwy niepełnosprawny student, to koledzy z roku musieli go wnosić na 4 piętro do sekretariatu. Na polskich chodnikach nie spotyka się zbyt wielu osób na wózkach. W polskich sklepach też ich nie ma. Choć urzędy dostały od złej Unii, od biurokratycznych złodziei pieniądze na podjazdy, to jeszcze do tego urzędu trzeba dotrzeć. Jak? Licząc na uprzejmość przechodniów przy pokonywaniu co drugiej zebry? To już lepiej zostać w domu. Zresztą pracodawca i tak brzydzi się zatrudnić osoby na wózku.
Cel mojej podróży na dalekim odcinku Alei Jerozolimskich, na krzyżówce z Kleszczową to miejsce do którego ciężko się dostać na nogach, albo komunikacją miejską. Doły, błoto, dziury w jezdni, remonty, kilkadziesiąt metrów trzeba przemierzyć po żwirze i kamieniach. To nawet nie jest kraj dla pieszych. To kraj dla posiadaczy SUVów. Zresztą to oni są solą tej ziemi, przecież priorytetem od lat jest „ułatwienie życia przedsiębiorcom”. A niepełnosprawni i tak są brzydcy, więc o co chodzi?





Komentarze
Pokaż komentarze (38)