Wczoraj naszły mnie przemyślenia natury ekonomiczno-transportowej. Zapragnąłem, jadąc autobusem, a właściwie stojąc w korku, zrobić dość proste badanie. Postanowiłem liczyć ilość samochodów jadących po przeciwnym pasie, w których znajdowała się tylko jedna osoba – kierowca. Wiedziałem, że odsetek entuzjastów takiego modelu przemieszczania się po mieście jest spory, jednak nie zdawałem sobie sprawy z tego jak poważny jest to procent korzystających z dróg. Odliczałem samochody, w których jechał tylko kierowca do momentu, aż zobaczyłem samochód z co najmniej dwiema osobami. Kilka razy doliczyłem do kilkunastu. Raz zdarzyło się, że dwa samochody pod rząd jechały z zajętymi przednimi fotelami; z tyłu nikogo nie było. Dość krótkie badanie dało mniej więcej ogląd tego jak w godzinach szczytu wyglądają okolice centrum Warszawy. W autobusie linii 157, czystym, bez pijaków, bez porwanych siedzeń, bez powyrywanych kasowników, w przyjemnej temperaturze jechało kilka, może kilkanaście osób. Oczywiście wlekliśmy się niesamowicie, bo korek. Zapewne właśnie szczyt tłumaczył samochody z jedną osobą w środku – warszawiacy po ciężkiej pracy wracają do domu na telewizję opromienieni materialnym triumfem posiadania samochodu.
Gdyby tylko co czwarty z tych kierowców przesiadł się do komunikacji miejskiej, korki zapewne by zniknęły, a przynajmniej znacznie polepszyłby się przepływ pojazdów. Jeden człowiek w jednym samochodzie zajmuje zapewne kilkadziesiąt razy więcej miejsca na ulicy niż człowiek w środku komunikacji miejskiej. Do tego dochodzą kwestie związane z utrudnieniem przejazdu dla karetek i straży pożarnych. I oczywiście emisja spalin na osobę, która w przypadku korzystania z komunikacji miejskiej jest zapewne kilkanaście razy mniejsza niż w przypadku korzystania z prawie pustych samochodów osobowych.
Wydaje mi się, że kultura motoryzacyjna w Polsce jest najlepszym odbiciem kultury wczesnego, prostackiego kapitalizmu. Samochód osobowy, w którym siedzi jedna osoba jest jak buty z wężowej skóry, jak torba z logo Louis Vuitton, koszulka z wielkim logo Diora. To synonim kapitalizmu a’la „patrz buraku, stać mnie na to”. Polska kultura motoryzacyjna to najlepszy obraz prostaczego kapitalizmu i odbicie peryferyjnego, zakompleksionego dorobkiewicza, dla którego samochód stanowi kwintesencję statusu społecznego. Dla Polaka samochód to jedna z najważniejszych manifestacji sukcesu. Ten nie brata się ze śmierdzącymi chamami w komunikacji publicznej, nie stoi na przystankach z biedakami, unika chodników, chyba, że chce na nich zaparkować swój nowy samochód, który spłaci w 2020, albo i później.





Komentarze
Pokaż komentarze (17)