Podczas wczorajszej dyskusji Marka Migalskiego i Bartosza Arłukowicza sympatia blogerów była z pewnością po stronie tego drugiego. Wydawałoby się, że Arłukowicz, nie tylko lewicujący w sprawach gospodarczych i społecznych, ale również członek PZPRu bis powinien być znienawidzony przez prawicowych bywalców Salonu. Tymczasem po kilku rozmowach przeprowadzonych w restauracji Rozdroże wnioskować można, że wśród salonowych blogerów poseł SLD jest, w dość dziwny sposób, ale jednak, szanowany. To samo dało się zauważyć po reakcjach blogerskiej publiczności. Migalski, mimo, że znacznie bliższy salonowej większości traktowany był podobnie jak na swoim blogu. Być może nie aż tak, ale w sposób zbliżony. Nie dziwi mnie za bardzo jego alergiczna reakcja na blogerów. Z miesiąca na miesiąc z ulubieńca publiczności, wprawnego analityka, jedynego niekupionego politologa w kraju stał się niewdzięcznym, leniwym karierowiczem (kto nie wierzy, niech poczyta komenty pod postami Migalskiego), czy po prostu zdrajcą.
Tutaj widać całą nędzę polityki spersonifikowanej. Migalski nie zmienił nagle poglądów, nie o poglądy więc chodzi. Chodzi o personifikację polityki, tak obecnej na Salonie, ale chyba będącą normą w Polsce. Nie chodzi o idee, tylko o wierność wodzom, depozytariuszom ostatecznej racji. Nie chodzi o politykę, tylko o posłuszeństwo i wierność, nie ideom, ale swoim politycznym idolom.





Komentarze
Pokaż komentarze (61)