Polityczna sytuacja w kraju wymaga komentarza i szerokiego informowania. Tą oczywistość dostrzegł portal gazeta.pl, który dość jasno stwierdza, że słowa gościa Szkła Kontaktowego Krzysztofa Daukszewicza „Każdy ma swoją watahę… na którą sobie zasłużył” nie miały kontekstu politycznego. Można byłoby mieć za złe serwisowi, że obraża inteligencję swoich czytelników, chociaż należy mieć na względzie, że w zaistniałych okolicznościach jest to wzorowy przejaw odpowiedzialności obywatelskiej mediów. Wyborcza zrozumiała wołanie Waszczykowskiego: „Nie zabijajcie nas!”.
Dobiegły mnie słowa dyplomaty przy tworzeniu metodą chałupniczą katiuszy z trzech akumulatorów od forda taunusa, słupka od ogrodzenia, saletry i cukru. Chciałem ich pozabijać, powiesić na najbliższej suchej gałęzi, wypatroszyć, dorżnąć, ale zrozumiałem, że robię źle. Saletrę rozdałem więc gospodyniom domowym, bo chłopy stronią od kuchennych zajęć, a z akumulatorów i rurki zrobiłem system nawadniający dla sąsiada kultywującego niewielkie grządki. A co, niech ma na wiosnę; choć jesień w pełni, a przed nami jeszcze zima.
Lepiej dmuchać na zimne, żeby nie mieć krwi na rękach, bo przecież uczestnictwo w tej kampanii nienawiści przeciwko PiSowi to po prostu nawoływanie do mordu. Takie są fakty, a z faktami się nie dyskutuje, tylko się je zna. Ot choćby fakt gaszenia papierosów na szyjach modlących się pod krzyżem. Być może brzmi nieco niewiarygodnie, podobnie jak bicie starszych kobiet przed Pałacem Prezydenckim, na głównym deptaku Warszawy w bliskim sąsiedztwie funkcjonariuszy. Wołałby ktoś o dowody. Byłby to przejaw najwyższej nieostrożności i, co tu ukrywać, buty i lżenia uczuć religijnych. O lżeniu wie co nieco kolega Hydrant, swoją ksywkę zyskawszy dzięki sikaniu z 13 metrów do zniczy. Cóż za zdziwienie ogarnęło policjantów, rozmodlonych i hołotę od kucharzyny, nieudacznika, pijaka i miernoty Dominika Tarasa, kiedy parujący łuk ciepłego moczu zajaśniał na wieczornym niebie światłem odbitym od iluminacji Pałacu przedzierając się nad szpalerem smutnych panów-Strażników Miejskich. Jaki podziw i fascynacja malowała się na twarzach gapiów. Ekstaza podobna do tego momentu, tej krótkiej chwili tuż przed śmiercią, kiedy pogrążeni w kontemplacji hipnotycznego piękna warkocza gazów komety giną bohaterowie hollywoodzkich produkcji opowiadających o kosmicznej zagładzie. Strumień, jakby łamiąc prawa fizyki, niczym Wałęsa niesiony skrzydłami historycznej konieczności, przedarł się nad barierkami odgradzającymi rozmodlonych od tłuszczy. I jakie rozczarowanie, że ten piękny spektakl biologicznego fenomenu trwał tak krótko i mocz znalazł się już w zniczach, gasząc je jakby gasił serca płonące żalem i chęcią zemsty na MAK. Jakież zimne otrzeźwienie przyszło kiedy substancja znalazła się na twarzach rozmodlonych – bo i takie wersje słyszałem – i na samym ponoć krzyżu. Jak rozpromieniał wnet szantażysta Piesiewicza, zapewne kolega ze spec służb Ryszarda C., kiedy z dziwkami wyszedłwszy z Przekąsek Zakąsek skierował swe nikczemne kroki ku pajacowi od Palikota, Dominikowi Tarasowi, aby oglądać ten spektalk spektakl jednoczący piękno i ohydę.
Tak było. Nie widziałem na własne, oczy, ale oczami wyobraźni. A dowody? Z faktami się nie dyskutuje. Po co podgrzewać atmosferę. Trzeba teraz skupić się na poprawie, na dążeniu do przywrócenia spokoju, na tym, żeby w klubach poselskich znaleźli się specjaliści od kultury politycznej. Żeby tą kulturę uwznioślić, wyszlifować, aby błyszczała jak diament; żeby posłowie zaczęli gremialnie czytać Tołstoja, Dostojewskiego. Żeby mówili do siebie Miłoszem. Albo nie, tym nie. Ale żeby mówili Rilkem, Flaubertem. Albo przynajmniej Bronisławem Komorowskim, którego część opus magnum - pracy magisterskiej, została opublikowana w tygodniku Polityka. Zanim jednak przyjdzie ten czas, że polska dyskusja polityczna będzie toczyć się trzynastozgłoskowcem, zanim sąsiad użyje skleconego przeze mnie nawadniacza do swoich grządek, to przed nami jesień i zima. Wiadomo. Cezura – Mord Łódzki. Chwilowy koniec demokracji.





Komentarze
Pokaż komentarze (23)