Przyglądając się konferencji w obronie demokracji na UW rzucił mi się w oczy pewien szczegół. Szczegółem tym jest postać Zbigniewa Hołdysa, którego do niedawna uważałem za zwykłego szarpidruta (absolutnie bez urazy). Okazał się on, nie tylko dobrze zorientowany w sprawach politycznych, nie tylko znakomitym dyskutantem, czego dowód dał w jednym z programów Pospieszalskiego, ale chyba przede wszystkim okazał się człowiekiem wrażliwym na pryncypia i rozumiejącym niuanse życia publicznego, jak mało kto.
Jest w tej opowieści o Hołdysie jeden smaczek. Smaczkiem są określenia, których uzył muzyk: żule (rządzący) i klatka schodowa (obywatele), którzy zbierają się, aby żulom dać odpór. I tu huśtawaka publicznego języka, która była wyhylona maksymalnie na jedną stronę przez cięzar wykształciuchów, łże-elit, i lumpenliberałów drgnęła. Widziałem już w kilku postach na innych portalach cytaty z Hołdysa.
Sfera semantyczna, język został, chociaż częściowo, odzyskany. Nie jestem pewien, czy to dobrze, bo więcej ekskrementów w szambie nie służy nawiązywaniu porozumienia. Tylko bardziej smierdzi.


Komentarze
Pokaż komentarze (8)