Dzisiejszy dziennik na ostatniej stronie donosi- "Lód ze złota za milion dolarów".
"Firma Bruster's amerykański potentat w branży spożywczej, zajmująca się produkcją lodów, zamówiła u nowojorskich jubilerów model swojego sztabdarowego przysmaku wykonanego z dwóch rodzajów 18 karatowego złota ozdobionego brylantami i kamieniami szlachetnymi."
Ostatnia strona gazety Springera zawsze przeznaczona jest na tzw "ciekawostki". Takie michałki, które mają zapchać czytelnika mającego dość polityki i "spraw poważnych". Tekst ten dedykuje libertarioanom, których w salonie nie brak.
Michałek o lodzie zamiast zamierzonego przez wydawcę mojego "to ciekawe", spotkał się raczej z irytacją. Kiedy patrzę na rzeczy tak zupełnie zbędne jak dzieła, za które firmy płacą milionowe sumy, tylko i wyłącznie po to, aby napwać się ich ceną, bierze mnie szlag. Oczywisćie jestem populistą i idiotą (pożytecznym), który nie rozumie mechanizmów rzadzących współczesnym światem, jednak nie mogę się opędzić od obrazu głodujących ludzi w Afryce. W końcu za cenę nowojorskiego błyskotki możnyby przedłużyć życie tysiącom ludzi przez wiele lat. Nie może zejść mi z myśli fakt, że 700 milionowa Afryk eksportuje towary za podobną sumę co 40 milionowa Polska. Drażni mnie fakt, że statystyczna europejska krowa przejada tyle, co statystyczne afrykanskie dziecko do 15 roku życia. Nie mogę w końcu się opędzić od myśli, że ogromna większość dzieci na świecie nie ma pojęcia jak wyglądają, a napewno jak smakują lody, podczas gdy jakiś krezus wymyślił loda za milion dolarów.
Kiedy patrzę na takie "dzieła" przed oczami stają mi kadry z videoklipu Perfect Circle "Imagine". W dość niewyszukany sposób realizatorzy teledysku zestawili ze soba wyścigi w jedzeniu hoddogów z głodnym, czarnym dzieckiem, okaleczenia wojenne z ferrari i cycatą blondynką. Oczywiście można klipowi zarzucić prymitywizm formy i banalność treści. Kiedy jednak przestanie się to odbierać w kategoriach banał-artytyzm, a zaczyna patrzeć na to w optyce humanistycznej, przez pryzmat ludzkiej egzystencji, przestaje liczyć się obraz i badrillowska symulacja. Pęka granica między odbiorcą (mną) a przekazem. Edwin Bendyk w "Zatrutej studni" zauważył tą kwestię opisując ataki na WTC. Odwołał się również do tego francuskiego intelektualisty, którm ja podpierałem się wyżej. Baudrillard knując swoją normatywistyczną koncepcję fallicznego ego stojacego za potęgą i upadkiem WTC zapomniał o ludziach, którzy tam zginęli. Kiedy zaczyna się dostrzegać człowieka za glorią idei filozoficznych, artyzmem/banałem dzieł("imagine", złot lód firmy Bruster's) sam przekaz zamiera a zostaje poczucie niesmaku i irytacji.


Komentarze
Pokaż komentarze (4)