Polska polityka jest nieprzewidywalna. Tworzenie nawet najprostszych, doraźnych prognoz jest niezwykle trudne. Sfera publiczna zmienia się jak obraz w kalejdoskopie: natychmiastowo, nie pozostawiając po sobie śladów wcześniejszych działań. Wczorajsze przyjaźnie stają się dzisiejszymi niesnaskami, a wczorajsze waśnie ewoluują w przyjaźń. Podobnie jest z polskim elektoratem, o czym wspominałem w poprzednim poście. W ciągu dnia wyborcy mogą zdecydować się na woltę- od prawa do lewa. Akt wyborczy jest równie niprzewidywalny i równie nieracjonalny jak sama polityka. Jest on emanacją nieracjonalnego polityka i nieracjonalnego wyborcy.
Edwin Bendyk napisał dziś w swoim poście o teledemokracji niszczącej demokrację autentyczną, opartą na świadomości, a nie na marketingowysz sztuczkach speców od PR. Ten post jest kamyczkiem do ogródka w dyskusji na temat sposobów zmiany takiego modelu polityczności. Jest zarazem odzwierciedleniem moich najbardziej liberalnych i elitarystycznych (z czym zazwyczaj staram się polemizować) poglądów na politykę.
Chyba wszyscy się zgodzimy co do tego, że idea demokracji w jakimś stopniu jest zniekształcona. Oczywiście co do stopnia i powodów tych aberracji będziemy się zapewne bardzo różnić. Jeszcze bardziej będziemy się różnić w kwestii tego, w jaki sposób można się tych deformacji pozbyć, bądź je zminimalizować. Z oczywstych względów (choćby natury konstytucyjnej) post ten ma wartość jedynie deliberatywną, ale chyba nie jałową.
Z wielu czynników wynika fakt, że dzisiejsze społeczeństwa nie rozumieją kwestii związanych z politycznością. W przytłaczającej większości przypadków ludzie podejmują wybory polityczne doraźnie, nie rozumiejąc ich następstw; ba często nawet nie uświadamiajac sobie do końca przyczyn swoich działań.
Jednym ze sposobów na re-politycznienie, czy u-politycznienia aktu wyborczego, byłoby stworzenie mechanizmu gwarantującego, bądź wielce uprawdopodobniającego, polityczną świadomość wyborców. Ciekawą propozycją zdaje się być ponowne cenzusowanie wyborów. Zaznaczam, że oczywiście nie jesat to mój pomysł. Po raz pierwszy przeczytałem o nim bodajrze u Jedlickiego (i tu na moją szyję rzuci się sfora ziemkiewiczowch rycerzy), który również przyznał się do tego, że nie jest to jego pomysł. Cenzus polegałby na wprowadzeniu egzaminu, który nadawałby pełnię praw politycznych. Wyobrażam sobie egzamin podobny do egzaminu na prawo jazdy. Sprawdzałby on podstawowe wiadomości z zakresu wiedzy o prawie, o polityce, o stosunkach międzynarodowych. Byłby oczywiście bezpłatny. Każdy obywatel czując, że chce uczestniczyć w życiu politycznym mógłby taki egzamin zdać (podobnie jak egzamin na prawo jazdy), a następnie uzyskać pełnię praw wyborczych. Daczego nie? Po co użalać się na frekfencję? Dlaczegóż pozwalać na dokonywanie politycznych wyborów milczącej większości, lub ludizom, którzy polityką się interesują jedynie podczas aktu wyborczego. Po co dawać gos ludziom, których wizja polityki jest tak odległa od rzeczywistości, jak odległe są reklamy proszków do prania od ich rzeczywistych możliwości?
Tu moja elitarystyczność się kończy. Oczywistością jest dla mnie podniesienie rangi przedmitów w szkole uczących o "obywatelskości". Pytanie, które podczas rozważań nad re-cenzusowaniem wyborów stawiam sam sobie jest- czy aby nie stworzyłoby to kolejych pęknięć w społeczeństwie. W społeczeństwie, w którym dobra edukacja wbrew pozorom jest towarem deficytowym rozdzielanym nierównomiernie?


Komentarze
Pokaż komentarze