Właśnie skończyłem zaczytywać się w blogu Edwina Bendyka. Dziwny to blog. Ubogi w ilość notek. Jego dziwność zasadza się na tym, że pomimo małej liczby tekstów, ilość treści w nich zawarta jest nieprzyzwoicie duża. Jakość ponad ilość. Co z faktu, że Azraele, Galopujące Majory, Foxxy, Rybitzkie pojawiają się na Stronie Głównej 2 razy na dobę (nie urażając nikogo oczywiście; mam do nich wielki szacunek, za mrówczą pracę i cierpliwość płodzenia)? Taki Bendyk pisze jedną notkę na pół roku, ale jest w niej tyle treści, co w niejednym wyciśniętym blogu. Taka też jest jego książka „Zatruta studnia”. Gęsta. Smolista, aż się lepi od treści.
To już któraśtam z kolei książka, której podjąłem się recenzowania (buńczucznie zabrzmiało). Jednak tym razem jest troszkę inaczej. Naomi Klein mojej recenzji swojej książki nie przeczyta i dzięki Bogu. Takoż nie przeczyta mojej recenzji Lee Silver ani Debord. Niezręcznie czuje się pisząc recenzję książki kogoś, kto a) jest jednym z moich ulubionych autorów i jednocześnie pisze na S24, b) może przeczytać niniejszą recenzję i zaśmiać się pod sumiastym wąsem c) może dać upust swojemu uśmiechowi i brzydko odpisać na moją recenzję (oczywiście czysto hipotetycznie). Po tych słowach obrzydliwej kokieterii - do rzeczy.
Książka Bendyka jest utrzymana w klimacie, powiedziałbym, sieciowym. Podobnie jak „Antymarix”, którego może kiedyś też podejmę się zrecenzowania, każdy rozdział jest węzłem w sieci. Węzły są autonomicznymi opowieściami. Mogłyby sobie spokojnie istnieć jako oddzielne eseje. Jednak wszystkie razem tworzą fascynujący obraz ponowoczesnego świata. Jest to świat, którym rządzi, zbanalizowany już przez podkulturę, efekt motyla. Książka jest jak ARPANET, pradziadek Internetu. Amerykanie wymyślili go (ARPANET) na początku lat 70 podczas zagrożenia wojną nuklearną. Była to komunikacyjna struktura opierająca się na węzłach i rozproszonej informacji. Jakby bomba atomowa gruchnęła w jeden węzeł niszcząc go, reszta przejęłaby jego funkcje, bez większej straty dla całości systemu. Podobnie działają sieci neuronowe. Ludzki mózg po wypadku i utracie części treści puszki mózgowej, również robi „objazdy” uszkodzonych miejsc. Wracając do „Zatrutej Studni”… Jakby bomba atomowa gruchnęła w książkę wyrywając 2 rozdziały, reszta i tak by się obroniła.
Bendyk pisze o Fukuyamie i jego funeralnym nastroju z przełomu epok. Pisze o Warholu i jego mikowskich korzeniach. O Craigu Venterze, ekscentryku, który rzucając wyzwanie państwu rozszyfrował ludzki genom (oczywiście nie sam). O jego zamiarach „wyprodukowania” sztucznej komórki. Nota bene jego buńczuczne zapowiedzi zmaterializowały się kilkanaście tygodni temu. Pisze o wyszukiwarkach internetowych i przyczynach technologicznego zapóźnienia ZSRR. Pisze o Koperniku, Galileuszu, pisze o Oświeceniu i o Aleksandrze Flemmingu, wynalazcy penicyliny. Pisze o Najwyższej Prawdzie, rozproszonym terrorze, Napstrze, i konflikcie w Bośni etc. etc. Trzeba przyznać, że jak na 250 stron, Bendyk zmieścił sporo. Jednak ta gęstwina informacji wcale nie razi. Nie jest ciężka. Wręcz przeciwnie. Autor swobodnie i ze swadą porusza się między pozornie niezwiązanymi ze sobą zjawiskami. Lekkie pióro i publicystyczny bakcyl dają o sobie znać szczególnie w rozdziale „Razem na Marsa”.
Książka przesiąknięta jest indeterminizmem. Jest wielkim sądem nad Tofflerowskim determinizmem ujętym w „Trzeciej fali” i Friedmanowską koncepcją złotych łuków, które rzekomo niosą światowy pokój na fali globalnego kapitału. Świat społeczny wg Bendyka to świat pozbawiony „historycznych praw”. „Zatruta studnia” irytuje tym, że pozbawia mnie nadziei na wiarę w porządek społecznej wszechrzeczy. Nie ma absolutnego porządku w świecie społecznym. Są pewne prawidłowości, ale każde zdarzenie dzieje się w innym otoczeniu. Na każde ciało oddziałuje milion czynników, wielu z nich nie jesteśmy w stanie poznać i zrozumieć. „Zatruta studnia” jest, jak to mówi Wiesław Kott, jak kamyk w bucie. Uwiera i męczy długo po przeczytaniu. Ale uwiera przyjemnie.
(Poniższe zdania są metodą kopiuj-wklej przewalone z jednego z moich komentarzy na blogu Bendyka)
Bendyczą „Zatrutą studnię” czyta się jak hipertekst. Jest tak gęsta, że wymaga od czytelnika uruchamiania w mózgownicy około miliona linków na minutę.
Kiedy ma się wrażenie, że doznało się iluminacji i wszechświat uchylił jakąś tajemnicę, wpada w ręce taka „Zatruta studnia” i okazuje się, że Bendyk już to dawno wymyślił, lub przeczytał u kogoś kto to dawno wymyślił i zmielił z tekstem kogoś, kto wymyślił rzecz podobną. Szlag wtedy człowieka trafia i mówi do siebie, gryząc wargi, w kompulsywnym akcie sportowej złości: k... mać! Muszę więcej czytać!


Komentarze
Pokaż komentarze (1)