Kiedy już nasłuchasz się informacji o księżach-pedofilach, księżach, biskupach TW, kiedy prawie że uśniesz (albo odlecisz swą myślą w niebyt) na jednym, drugim, kolejnym kazaniu, kiedy zanudzisz się na śmierć, słuchając „katolickiego głosu w naszym domu”, kiedy wreszcie … wtedy zamknij oczy i wyobraź sobie, że spełnia się sen o lewackim raju walczących feministek, gejowskich bojowników, „tytoniowych”, kanapowych proroków z Krytki Politycznej, co oznacza ni mniej, ni więcej, tylko roztopienie się ostateczne tego „wrednego” katolicyzmu w czasoprzestrzeni. Tak, nastaje lewacki raj, zarazem nastaje realne piekło , gdzie nie ma już Obrazu zła i dobra, a kara ostateczna może spotkać tylko najsłabszych na ziemi (istotnie – mówię o „holokauście” aborcyjnym)
Dopiero, gdy się powróci z krainy takich "marzeń", można już spokojnie j, bez większego sceptycyzmu, obejrzeć spoty reklamowe, które nakręcono w ramach amerykańskiej akcji „catholics come home”. Jej celem było obudzenie do życia eklezjalnego, modlitewnego, sakramentalnego tzw. katolików „kulturowych”, który ja zwykłem zwać „uśpionymi”. Może niekiedy są jeszcze ciałem w Kościele, ale sercem i myślą, już dawno tam nie mieszkają. I często pewnie ciałem w nim tylko zostaną – w ramach swego pogrzebu.
Te spoty wpisują się pośrednio w dyskusję, jak takich katolików kulturowych traktować. Ostro, „proroczo”, w czym pewnie celowaliby „chłopcy” z Frondy, Naszego Dziennka, czy „łagodnie, dialogicznie”, w czym pewnie celowaliby „chłopcy” z Więzi, Tygodnika Powszechnego . Pozornie całej akcji i poetyce tych spotów bliżej do odłamu „katolicyzmu otwartego”. Ale tylko pozornie, bo ostateczny przekaz z nich płynący jest taki, że oto Kościół jest domem i spełnieniem dla każdego człowieka, co w „katolicyzmie otwartym” jest potwierdzane półgębkiem, żeby nie powiedzieć wcale, w ramach wstydu przed trydenckim „triumfalizmem” .
Dopiero zanurzając sie w grupy ludzkie, może i modne, nowoczesne, ale nietknięte katolicyzmem, człowiek przekonuje się, jak inne to istnienie – „niezranione” Ewangelią i mądrością Kościoła, ostatecznie doświadcza niewidzialnej bariery niezrozumienia, mimo czasem wielu punktów stycznych z takimi ludźmi. I powoli zaczyna tęsknić nawet za tym swoim „przaśnym, polskim katolicyzmem” i jego „mieszkańcami”, bo - najprościej rzec ujmując - dobrze być w domu…
Tak zatem przed nami dwa spoty, pod względem artystycznym bliżej mi zdecydowanie do drugiego , ale i pierwszy coś w człowieku porusza. Tak zatem: Let' s go home...
![]()
.



Komentarze
Pokaż komentarze (3)