artur olędzki artur olędzki
662
BLOG

Mała Odyseja 2007 ("proza")

artur olędzki artur olędzki Kultura Obserwuj notkę 0

 

 

Działo się to w wyborczy poranek niedzielny. Jako że Bruno nie zasłonił żaluzji, już pierwsze promienie słońca igrały mu skocznie na nosie, skutkiem czego wybudził się z coraz bardziej płytkiego snu. Wstał i wsłuchał się w tę ciszę - mroźną wydawało się - za oknem, wsłuchał się w nią uważnie, bo dawno takiej ciszy nie zaznał w swoim mieszkaniu. Żywot człowieka poczciwego nad główną arterią Żoliborza, nieopodal placu Wilsona, niesie ze sobą pewne profity: do metra ma się jedynie pięć minut, do innych połączeń na wszelakie strony Warszawy takoż, ale łączy się z tym żywotem bezustanny jazgot, warkot aut wszelakich, przez całą dobę prawie. A tu nawet jak na niedzielę –  cisza niespotykana, cisza jak makiem zasiał. Nie wiedział czemu to przypisać. Ze strachem tylko pomyślał przez chwilę, co też będzie się działo pod jego oknem, gdy „pani prezydent Warszawy” most Krasińskiego nieopodal jego „ogniska domowego” wybuduje. Nie dane mu będzie zapewne - myślał - wtedy zaznać, nawet w święty czas niedzielny, tak pysznego, tak głębokiego, tak powszechnie okalającego spokoju. Uświadomił sobie nagle, że dano mu szansę, jak rzadko, jak nigdy prawie, wyjść i poszukać miejsca, kiedy ta cisza przemieni się w Ciszę (przez duże „C” właśnie). A zatem po krótkiej toalecie, śniadaniu delikatnym, zaczął się zbierać do wyjścia. Dziwne, ale dopiero teraz, narzucając na siebie kremowy prochowiec (podpięty milusińskim polarem), poczuł tak intensywnie jego nęcący zapach nowości, miło drażniący nozdrza. „Hm… niby nic wielkiego, a  jednak cieszy” – pomyślał, zerkając jeszcze raz na ubiór, którego nie powstydziłby się chyba żaden zmęczony życiem detektyw.   
          
Intuicja go nie zawiodła, mroźny powiew powietrza ogarnął go zaraz po wyjściu z klatki, rozbudzając do końca. Na dodatek to bursztynowe słońce wszystko, co najlepsze, a tak głęboko zasypane w sercu, zdawało się powoli zeń wydobywać. Tak, niezaprzeczalnie, w tym mroźnym, jaśniejącym powietrzu wyczuł… ocalenie. Wrażenie to pogłębiał czas spaceru, swoisty czas przełomu, który dlań datuje się w przybliżeniu od sobotniego wieczoru do niedzielnego popołudnia; czas, kiedy z miejskiego pielgrzyma spływa fala tygodnia przeszłego, a fala tygodnia przyszłego jeszcze na dobre nie nadchodzi, nie objawia treści zdarzeń mających się ziścić. W tym to czasie odzyskuje się najczęściej - jaki mniemał - delikatną, choć może naiwną wiarę w to, że nawet najgorsze wypadki tygodnia ostatniego, znajdą w tygodniu następnym swoje szczęśliwe zakończenie, że to co nowe, to, co nadejdzie, będzie lepsze, głębsze, pełniejsze, radośniejsze…     
  
Tych dobrych, chociaż przecież nieśmiałych, myśli nie zmącił mu nawet widok przezeń mijanej tablicy, ku czci powstańców warszawskich ustawionej. Dzielni „biedacy” nieszczęśliwy falstart przed godziną „W” popełnili, ścierając się w śmiertelnej potyczce z patrolem niemieckiej żandarmerii. Wiele razy, gdy ją mijał, odczuwał boleśnie wyniesioną z biblioteki sentencję, że jest człowiek rzeczywiście „bytem-ku-śmierci” , bytem „śmiesznym”, „żałosnym”, nieszczęśliwie „wrzuconym w istnienie”. Teraz jednak widok owej tablicy nie napawał go zwierzęcym, pierwotnym lękiem, a raczej budził delikatną ufność, że wszytko ostatecznie mas sens, i ta śmierć powstańców również. Choć trzeba przyznać, że gdy zauważył ten gasnący Księżyc i to nadchodzące ku pełni Słońce, wspomniał znowu trwożliwie, zarzuconą w gonitwie tygodnia, prawdę, że istotnie –  jest jednak człowiek „zmarszczką na morzu”, nanopyłkiem istnienia, przyczepionym niezdarnie do tej drobiny kosmosu zwanej Ziemią, wirującej w chocholim, galaktycznym tańcu. Lecz i tym razem – ta rzadko darowana mu ufność w ostateczny sens niosła z czasem wyciszenie.                                      
                                                             
                                                                         * * * *
           
Zostawił za sobą zabudowania Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej, którą zrodziło utopijne marzenie, by stworzyć społeczność harmonijną, podzieloną na kolonie, owe miejskie plemiona, żyjące ze sobą w zgodzie i pokoju, i wszedł w obszar Żoliborza zwanego „Willowym”. Inaczej mówiąc: dzielnicowe „czworaki” porzucił na rzecz dzielnicowych „pałaców”, choć wielu piewców „inteligenckiego etosu” jego dzielnicy ów społeczny kontrast pomija. Co dziwi, zważywszy, że za jeden pokój takiej pierwszej lepszej willi mógłby kupić całe, i to jakże „eleganckie”, mieszkanie w „czworakach”. Ten ekonomiczny rachunek stał się dlań jeszcze bardziej klarowny, kiedy znalazł się w okolicach Placu Słonecznego (klasyki „szlachetnej”, żoliborskiej architektury ). Jednak, gdy mijał jakiś „mały domek”, za około 6 milionów, odnowiony na postmodernistyczną modłę, gdy przeglądał się w ciemnych szybach lśniącej, terenowej „beemki”, za jakieś circa 400 tysięcy, to z ulgą pomyślał, że dobrze, iż jest jak jest. Bo gdyby był nawet „szczęśliwym” posiadaczem takich majętności, to by żył i tak cały czas z drzazgą w sumieniu, znaczy się niekomfortowo wcale, że jest mu tak „dobrze”, tak ciepło, tak przytulnie, podczas gdy inni nie mają, co do garnka włożyć. Spłoszony nagle gniewnym warkotem nadgorliwego mastiffa, co to do ogrodzenia się przyssał, masywną szczękę odsłaniając przy tym, pomyślał nieco złośliwe, że tyle ci mieszkańcy żoliborskiej Arkadii wkładają kosztowności w oazę spokoju, że muszą potem zaciąg robić z psich wojowników, którzy bym im pilnowali tych „pałaców”. Skutkiem tego willowa kraina przypominać raczy w nocy czasem bardziej domostwa z opowieści o psie Baskervillów, niż ową wymarzoną, sielską, anielską, miejską wioseczkę. Już naprawdę nie wiedział, co lepsze w nocy – niski, jednostajny w miarę hałas automobili ściągniętych z wysypisk Europy, czy też dreszczem przeszywająca kakofonia przydomowego ZOO.  
                                                             
                                                                          * * * *  
         
Kiedy z czasem wszedł na drogę parkowego przesmyku, który biegnie serpentyną, między willami, a wałami wiekowej Warszawskiej Cytadeli, przekonał się już ostatecznie, że Żoliborz jest dlań „ani zielony, ani pieprzony”, a jedynie... bursztynowy. Jak wiadomo, akcja tych cichych zdarzeń, które tutaj są wspominane, działa się jesienią, w wyborczy poranek niedzielny A.D. 2007. Tak zatem opadłe na aleje przesmyku pożółkle listowie, w którym zdawał się brodzić Bruno niemal do kolan, powoli, szum wydając przy tym przyjemny, było zatopione w kremie coraz bardziej gęstego, jesiennego światła. Listowie jeszcze mocniej jaśniejące przez to na tle czerwono-ciemnych, jakby krwistych, murów Cytadeli.
 
Może nieco to śmieszne, tak targać czule za włosy Muzę poezji w czasach „Prodigy”. Lecz zdarza się, że ludzie i dziś przeżywają czasem chwile, obrazy, kiedy muszą wpaść w zachwyt szczery, a którego nie można pominąć, jako dowód z życia wzięty, chociażby dla wszelkich proroków bezsensu, że piękno jednak istnieje i zbawia. A tych, co nadal zniesmaczeni są tym estetycznym, stylistycznym „patosem” , wielbicieli brutalizmu, groteski, wiecznej zgrywy, informujemy uprzejmie, że powyżej zwrócono tylko uwagę na „stereofoniczny orgazm” metafizyczny Bruno w trakcie deptania liści na warszawskim Żoliborzu.
 
                                                                        * * * *  
 
Przez całą drogę Nowym Miastem, Starówką, Krakowskim Przedmieściem, wytyczoną między harmonijnymi, symetrycznymi fasadami „wiekowych” kamienic, to dające się wyczuć, od samego rana, wszechogarniające ukojenie, uspokojenie, jeszcze jakby się w nim pogłębiało, jakby wzmacniało kształtem mijanej architektury. Ale do czasu, bo oto wraz z wejściem w Nowy Świat dobrze znajome, narkotyczne pragnienie zaczęło go męczyć; za napojem mlecznym, orzechowym, doprawionym  odrobinką parzącego alkoholu.  „Takie średnio mocne cappuccino nieco by mnie uratowało – pomyślał z tęsknotą” – podnosząc przy tym kołnierz kremowego prochowca. O dziwo, po przejściu kilkuset metrów zobaczył jakieś młode dziewczę, mimo że pora była to bardzo wczesna, niehandlowa jeszcze, gotujące do otwarcia przybytek kawowy, gdzie mógłbym ugasić to przenikliwe, bolesne pragnienie.
  
- Czy… mimo że Pani jeszcze nie otwiera udałoby mi się zamówićcappuccinona pojedynczymespresso, najlepiej z dodatkiem kropelki jakiegoś alkoholu – wyrzucił z siebie Bruno, robiąc przy tym minę niemal rasowego spaniela, dla wzbudzenia ewentualnej litości u sprzedającej, która nie pozwoliłaby jej wyprosić go za drzwi.
 - Hm… zobaczę co da się zrobić – wyszeptało dziewczę z uśmiechem…
 - Mimo że chłodno, chętnie napije się na zewnątrz – zadeklarował jeszcze bardziej prosząco, ufając, że tym samym łatwiej ją przekona do złamania handlowych reguł. 
Popatrzyła nań zza lady, znowu z uśmiechem. 
 
       Bez jakiegokolwiek słowa myśli podziwiał urodę owej kelnereczki spotkanej o poranku, podającej mu to ciepłe cappuccinoz odrobiną alkoholowego „pieprzu”. Kontemplowął jej czerwone, malinowe usta, perlisty uśmiech, zgrabny owal twarzy, obramowany krótkimi, postrzępionymi, hebanowymi włosami; owal znaczony czarnym, iskrzącym się onyksem, znaczy się: rzadkiej urody oczami; a i wreszcie docenił jej smukłą, lecz całkiem pełną kibić, opiętą jasnopopielatym, elastycznym golfem. W oczach utkwił mu także mało znaczący, a jednak intrygujący szczegół w jej całym obrazie: smukłe dłonie, zwieńczone schludnie przystrzyżonymi paznokietkami, błyszczącymi drogim – jak przypuszczał – bezbarwnym lakierem.
 
Czy myślicie, że to Piękno, które mu tak zgrabnie usługiwało, a które zostało tutaj ponownie przedstawione z nieskrywanym „patosem”, porównywał od pierwszego spojrzenia w myślach swych do czarującej, biblijnej Betszebe albo do jakiejś mitycznej, ponętnej Afrodyty, która wyłoniła się dla niego z piany poranka. Nic z tych rzeczy: „Ależ Ciacho!” – pomyślał, gdy ją ujrzał. „Rety, ależ Ciacho!” – powtórzył dobitnie, szczerze zdesperowany swoim nagłym zauroczeniem, dając tym samym dowód temu, że i jemu kultura a la Doda na wskroś przeżarła umysł i duszę. A to wszystko powyżej, ten cały poetycki obrazek, w którym więził nieznajomą, to jedynie efekt jego kulturalnegosuperego, strażnika moralności i smaku. Tak, gdzieś wgłębi nadal był dzikusem, tym razem popkulturowym dzikusem. Ale nie miał wątpliwości, że musi się przed nim bronić, dawać mu nieustannie pałką po łapach, po łbie, że musi go zdusić w sobie, dlatego też właśnie oglądanie napotkanej kelnereczki jak najbardziej sublimował.
 
 - Dziękuje bardzo – powiedział, wysłuchawszy rytmicznego stukotu ustawianej zastawy do picia kawy, stukotu godnego mini-recitalu muzyki współczesnej.  –  Dziękuję bardzo – powtórzył dobitniej, jakby chciał swoją uprzejmością już do końca zdławić to nagłe olśnienie, uniesienie, które się weń tliło niespokojnie względem nieznajomej.
       
Mimo że podziękował, kątem oka spostrzegł, że „Ciacho” - nie przepraszamy: „piękna kelnereczka” - nie odeszła, że dalej się weń wpatrywała usilnie. Odwrócił głowę w jej stronę i nagle został porażony tym, że się tak doń uśmiechała wytrwale, a miło zarazem. Nieświadomie prawieże, jakby w najdalszych ustępach swego ”ja”, pomyślał, że jego magnetyzm na kobiety jednak działa, zniewala je jakoś tajemniczo, mimo że żaden z niego Brad Pitt lub George Clooney, a jedynie „gościu z facjatą gruzińską”, jak to opisała go w głośnych plotach jedna sąsiadka drugiej sąsiadce. Ale widział jednak, że ten uśmiech tajemniczy, śmietankowy na twarzy „kelnereczki”- calineczki jednak dalej nie gaśnie, tak zatem ma szansę - myślał - podbić jej serce, zniewolić ostatecznie ją swoim zauroczeniem. Już nawet wyobraźnia zaczęła mu układać ich wspólneżycie. Już widział kameralny ślub w klasycystycznej bieli kościoła sakramentek, skromne wesele wśród najbliższych, a zaraz potem długą, „mistyczną” podróż poślubną na krańce Skandynawii. Już projektował sobie ten ichmały, nowoczesny domek - a jednak nie straszne mu do końca „wille” - gdzieś po północnej stronie Warszawy, no i… wreszcie widział tę piątkę małych szczeniąt baraszkujących po ich równo skoszonym trawniku, radośnie wołających doń, siedzącego pod lipą z fajką w ustach, „tato, tato, tato…”
   
- Metka Panu dynda na plecach – wyrzekła łagodnie jego przyszła „żona”
 „Jakże rzadki sposób flirtowania – myślał Bruno – no, proszę, niedość, że piękna, to i niebanalna” 
- Metka się Panu dynda na plecach - powtórzyła z rozbawieniem,  
- Co proszę?
-Tu, z tyłu – pokazała palcem
 
Wreszcie zrozumiał, niestety. A zatem nie chodziło o sekretny kod miłości, współczesnych, młodych niewiast, chodziło jedynie o ten mały kartonik poświadczający nowość jego prochowca podpiętego milusińskim polarem.
 
- Może mi go Pani oderwać? – zapytał już bez żadnej nadziei w głosie. – Dziękuję serdecznie – dodał, chyba z żalem.
                                    .
                                                                       * * * *          
 
Tak zatem czar prysł. Na dodatek to chwilowe, a niespełnione zauroczenie, które przeżył, wzbudziło weń pierwsze, rzeczywiście nieprzyjemne, a nawet bolesne myśli tego ranka, zwłaszcza że przypomniało mu spotkanie z dawno niewidzianym kumplem, z którym spędził w jednej ławce szczenięce, „durne i chmurne”, lata licealne. Natknął się nań niedawno w Łazienkach. On sam, a tamten? Z żoną przy boku i czwórką dzieci na rękach. „Coś jednak spaprałem, coś zmarnowałem…” – myślał gorzkoBruno, wspominając ów familiarny obrazek, zarazem odnajdując w przeszłości wszystkie twarze dorodnych kobiet, które odtrącił od siebie podczas życia całego „w imię Boże, w imię wyższych ideałów”, mimo że wszystkie z nich dojrzały do tego, by je zerwał jednym słowem zachęty.  „Coś spaprałem, coś, czego nie da się nadrobić już do końca, poprawić ostatecznie”. Zaraz też zaczął się pocieszać niezręcznie, że jego jedyna przewaga nad „singlami” (mu podobnymi) polega chyba na tym, że do takiej nieodwołalnej, nie dającej się zapełnić straty przyznać się potrafi, nie udaje, że „wszystko jeszcze przede nim”, kiedy tak wiele już za nim. „No ale właśnie - myślał szeptem - na ile spaprałem, na ile się spaprało…jakoś...tak …? Tego dowiem się już na końcu, na Ostatecznym Końcu…” – odpowiedział sobie w końcu z ulgą. 
 
Nie da się ukryć - na moment wszedł w refleksyjne otępienie, do czasu, gdy wpadł na pomysł, aby rozweselić nieco atmosferę, sięgając po papierosa, no bo jeśli ma się kawę, to brakuje jeszcze właśnie papierosa, a będzie może tak „śmiesznie” jak u Jarmuscha. Po krótkim się „obszukiwaniu” wyjął zmiętego „ocaleńca” z paczki, chwile potem zaciągając się powoli. Jednak po niejakim czasie już wiedział, że się pomylił. Im dłużej bowiem palił, tym bardziej odchodził w jakąś nieznaną nostalgię, wzmacnianą przez dalekie horyzonty, które zamykały z obu stron Nowy Świat. Po kilku minutach gorzkiej kontemplacji tej bezgłośnej, obustronnej dali usłyszał w sercu – jakby oddech po oddechu, nuta po nucie, kropla po kropli  – szmery dźwięków, szmery nastroju, jakie słyszał w opowieściach Camusa czy też Remarque’a. A z nimi przyszło migawkowe natchnienie, aby te lata, okazje i wreszcie miłości stracone przemienić w jakąś melancholię egzystencji, którą dumnie, samotnie poniósłby przez resztę dni, powtarzając sobie (i tylko sobie) „moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina…”, dowodząc (znowuż tylko sobie) jak tragicznie, aczkolwiek heroicznie, potrafi żyć, nie oczekując znikąd i od nikogo ratunku… „Nic z tego” –  pomyślał, gasząc z wolna papierosa. „Nic z tego…” – powtórzył już szeptem. Trwał kilka chwil potem w totalnym nieporuszeniu, w bezmyślunku zupełnym, nieco kuląc się w sobie.  „Totus…” – odezwał się wreszcie ledwie słyszalnym głosem .”Totus… razem ze spapranymi szansami, wszelkimi…” 
     
Wstał od stolika i uregulował rachunek u Pięknej, która (o dziwo) tak bardzo już go nie rozpraszała, a którą pożegnał uśmiechem spokojnym, pełnym jakby wyciszonej konsolacji, że ona i on… Po przejściu kilkusetmetrów skręcił w Chmielną, lecz po jakiś dziesięciu krokach cofnął się i ostrożnie wyjrzał zza winkla, oglądając się powoli to w jedną, to w druga stroną. Uważnie obserwowował, czy aby te dwa demony, które wtrącają go niekiedy w okrutny potrzask, nie dybią, nie polują, bo potrafią niekiedy spaść nań w najbardziej nieoczekiwanej chwili, w najbardziej nieoczekiwanym miejscu. Było pusto.
 
Myślał trwożliwie o potrzasku wewnętrznym, co dech zapiera, nadzieję wszelką gasi, gdy się weń wpada, a który w wypadku Bruno jest znany tylko - jeśli chodzi o ludzi - jemu samemu. Nie, nie odbija mu, a także raczej nie „świruje”. Po prostu już doświadczył na własnej skórze, a może bardziej na własnej duszy tego, że wszystkiego, co się w człowieku wydarza, czystymi emocjami objaśnić się nie da, że zbyt wiele wskazuje na to, że nie tylko ludzie za nie pociągają, ale ktoś jeszcze, ktoś, kto bardzo chce wtrącić tegoż człowieka w oddalenie, w rozdzielenie ostateczne na wieki. Zbyt wiele razy  bowiem po akcie - który w „katolickim kraju” nad Wisłą – zwie się „przyjęciem św. Komunii” przekonywał się niespodziewanie o tym, że niektóre emocje, zarówno te „dobre”, jak i złe, schodziły zeń jak zeschnięta skóra z węża. Zbyt często, aby nie podejrzewać, że tutaj, a nie w niebiosach odległych, toczy się o ludzkie istnienie jakaś niewidzialna, a rzeczywista, nieustanna walka, i że są rzeczy, o których nie tylko nie śniło się filozofom, ale i psychologom, a nawet także i niektórym teologom.     
                                                   
                                                                    * * * * 
  
Powróciwszy na szlag spaceru, szedł jakiś czas Chmielną w szpalerze białych „dziewcząt” i „chłopców” na wystawach, w szpalerze harmonijnych, szczupłych ciał, wyciosanych pospiesznie w plastiku wedle proporcji z wybiegów Mediolanu, Paryża, Londynu. Skręcił w prawo i niedługo potem wyszedł na Plac Powstańców, który odsłonił przed nim po stronie lewej - ciemną bryłę wieżowca zwanego przed wojną „Prudential”, a po stronie prawej - monumentalny pomnik gierkowskiego modernizmu, Narodowy Bank Polski. Widok tych masywnych sylwet oddzielonych od siebie blokiem cichej przestrzeni, tkwiących tak spokojnie, tak samotnie przejął go niejakim dreszczem. Taki bowiem poranny spacer niedzielny po pustym Śródmieściu przypomina nieco dreptanie na paluszkach wokół groźnego, apokaliptycznego, śpiącego olbrzyma, któremu sen odjął na moment świadomość, a który już w poniedziałek obudzi się z łoskotem, zagrzmi rykiem aut, autobusów, zadrży siłą milionów kroków, tysięcy słów pędzących przechodniów. Olbrzym to bezlitosny, zniewoli każdego, kto wejdzie w obszar jego królestwa dnia powszedniego. Na wszelki wypadek Bruno skrył się przed  nim w zacienionym, nadto chłodnym, wąwozie ulicy Mazowieckiej. Nie przypuszczał, że ów wąski przesmyk stanie się dlań miejscem tak silnego przeżycia, a raczej odkrycia, olśnienia, które, gdy dotyka ludzi nauki, stanowi moment przełomowy w ich życiu, a czasem i świata całego.
 
Gdzieś bowiem na wysokości sklepu dla plastyków dotarło doń niezwykle jasno, jak nigdy dotąd, że to chrześcijaństwo, do któregosposobi się od małego, już od jakiegoś czasu przestało być dla niego tylko nakazem, morałem, a nawet skrupułem, czy też ideą lub ideologią, a stało się wreszcie, przede wszystkim…Osobą.  Szczerze wzruszyła go ta napawająca otuchą wiedza, zakurzona, zagłuszona zupełnie gdzieś w gwarze codziennego dnia. I tak dreptał sobie spokojnie, będąc nią oszołomiony, upojony, do momentu, kiedy otworzyła się przede nim przestrzeń Placu Piłsudskiego. Jego rozległość uświadomiła mu, że być może nie ominął jednak pewnej pułapki w trakcie swojej długoletniej wędrówki. Bo czasem rzeczywiście, łapał się na tym, że jest On dlań przede wszystkim mężczyzną mężczyzn, romantycznym bohaterem bohaterów, a nie Synem Bożym, Sędzią Sędziów, Pantokratorem, którego powtórne przyjście zakończy chocholi, galaktyczny taniec planet. Mimo tego szczęście z ulicy Mazowieckiej zawładnęło nim do tego stopnia, że ów Plac przemierzył niemalże z szybkością rasowego sprintera, kończąc swój „bieg” ślizgiem, jakby sunął na łyżwach, a trzeba nam wiedzieć, że tak naprawdę nie sunął na nich nigdy.
 
 
Wrócił do domu cały przemoczony tą ciszą i radością, które stały się tego dnia jego udziałem, mimo wszelakich cieni wspominanych w tej opowieści. Od razu opadł na łóżko, zapadając z czasem w sen głęboki, jakby zimowy, będąc zmęczony intensywnością wszelkich obrazów, wrażeń, doznań, mimo że miały w sobie tak mało akcji.       
                                                          
                                                                   * * * *
 
Wstał po trzech, czterech godzinach i jeszcze z zamkniętymi oczami przemknął na bosaka do kuchni, żeby się czegoś napić.Hm… zazwyczaj szorstka posadzka wydała mu się niezwykle śliska i miła … tylko …tylko jednak zanadto śliska. Popatrzył pod nogi, powoli otworzył te w swoje zaspane „oczęta” i…: 
 
- Fuck! Fuck! Fuck! – zajęczał z desperacją.
 
Cała kuchnia w wodzie, która wybiła z zaworu od pralki.
 
  -  Fuck! Fuck! Fuck!
 
Godzina na kolanach całkiem dała się we znak jego wszelkim stawom 
 
- Boże, za co taka pokuta w niedzielę !?– pytał z irytacją, zdyszany i spocony.      
 
I gdy po skończonej robocie leżał plecami na startej, wilgotnej posadzce, dotarło doń, że chyba po to, aby nie było za przyjemnie; aby zrozumiał, że ta jego wędrówka, to przed wszystkim „krew i pot i łzy”, a dopiero potem jesienne, bursztynowe słońce, cisza i radość, które odsłaniają przed „pielgrzymem” horyzonty wcześniej jedynie przezeń przeczuwane.Leżał zatem, szybko jeszcze oddychał, i na skutek swoich myśli przypomniał sobie dawną rozmowę z pewnym świątobliwym misjonarzem. Ten, w sposób jak najbardziej naturalny, szary niemalże, opowiadał kiedyś Bruno o swoim niespodziewanym „dotknięciu przez Boga”, którego doświadczył nagle całym sobą w dzikim buszu. Mówił, że potem przestał się już bać, że był gotów na… śmierć, na cierpienie, które przecież kiedyś w końcu nadejdą, ale nigdy, ale to nigdy nie zabiorą mu tej wiary w bezgraniczną dobroć Stwórcy, i w Jego Opiekę. Bruno nie wiedział, czy po dzisiejszym spacerze, wyznałby to samo. Bo przecież znalazł się po nim gdzieś dalej, gdzieś indziej, tak… wiedział to już… na pewno, a jednak czuł rosnącą, kosmatą gulę w gardle na myśl o jutrzejszejwizycie w szpitalu.        
 
 
                                                                KONIEC[1]
 
 
 
 
 
 

[1][1] Odmiana imienia „Bruno” w tekście według specjalnego życzenia „samego” bohatera tekstu, weryfikowana w źródłach językoznawczych. Proste utożsamianie bohatera tekstu z jego autorem proszę traktować jako czytelnicze uproszczenie.

 

O autorze: zalogowany w korporacji The Roman Catholic Church, tropiący człowieka zwanego Mesjaszem, w stanach nagłych "łowca androidów"... ; mail: pozamatrixem.pl@gmail.com; Laureat nagrody Feniks 2011 w kategorii publicystyka religijna za książkę:"Ksiądz Jerzy Popiełuszko. Spotkania po latach.Wywiady." Cały blog „źródłowy“ - pod linkiem: www.pozamatrixem.pl strona na facebook.com: Poza Matrixem

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Kultura