Niektórzy wydali wyrok, że nigdy nie będziemy już regularnie blogować na tematy zakreślone przez krótki opis autora (patrz: obok po prawej). W obronie swej odpowiadamy, że nie prowadzimy blogu o gadżetach elektronicznych, choć jakże o tym marzymy, ale generalnie o sprawach bardziej niewidocznych niż ludzkie sny. I praktyka ostatniego czasu nauczyła nas szczególnie, że trudno w tej materii coś na pewno autorowi przewidzieć (ten „pluralis majestaticus” używamy przewrotnie, by „ja” autorskie, pełne immanentnej pychy, zakryć udanie).
Gdzie zatem był blogger przez ten czas milczenia ? Czy teraz, kiedy powraca na scenę blogu nie wygląda jak spóźniony, a w jakimś sensie już zgrany, stary aktor ? Ogarnięty snopem światła, które nie wiadomo, czy bardziej go wydobywa z cienia, czy też go oskarża. Jak to na opowiedzieć bez nadmiernej odsłony sfer jak najbardziej intymnych, a jednak szczerze ? Gdyż, kiedy był pewny swego , to potrafił czasem odsłonić „kawałek” duszy bez nadmiernych rumieńców na słowiańskich policzkach. Powiemy tylko że autor, całym sobą, zastanawiał się, czy ma jeszcze coś do powiedzenia, i czy to, co powiedział kiedyś, da się dzisiaj jednak obronić. I szczególnie ta wątpliwość przekonała go, że w świecie wiary nie można być w jakimś sensie swej wiary pewnym (na pierwszy rzut oka zdanie to wydaje się heretyckie, ale w sumie znajduje potwierdzenie w słowach takiego „ortodoksa” jak św. Paweł ). Ostatecznie, w geście jakiegoś żoliborskiego Herostratosa , pełnym przy tym parodii, tekstów wcześniejszych nie potraktował delete. I ciągle definiuje się jako „zalogowany” w korporacji „The Roman Catholic Church”.
Jednocześnie nabyliśmy spora dozę współczucia i podziwu dla tych wszystkich „zawodowych” głosicieli „Dobrej Nowiny”, którzy o niej świadczą, mimo wszelkiej ciemności i pustki w kulisach ich życia. Będąc wiernym słowom ślubów składanych publicznie, a z wiarą, mimo że nieraz z trwogą. Zarazem też nabyliśmy sporą dawkę zdziwienia dla tych zawodowych głosicieli „Dobrej Nowiny”, którzy w świetle jupiterów głoszą, że o żadnym takim przekazie nie może być mowy w Kościele i na dodatek, z hukiem go porzucając, wspomną, że może świat bez niego toczy się w ogóle. Takie show „apostazji” bardziej przekonuje o ich rozbujałym „ja” niż świecie ich wiary. Bo ten, gdy drży w posadach, gdy ostatecznie pęka , jak kryształowy, drogocenny dzban (a więc żaden tam „gliniany” ? ), to wówczas jego tragarz staje nagle sam na pustyni, gdzie już hula tylko zimna pustka i niemiłosierny ból. Taki, że nie ma się siły na żadne słowa, a co dopiero na „wywiady–rzekę” jako ostateczne pożegnanie. I sprawą honoru staje się wtedy chyba to, by odejść ze świątyni w ciszy, w milczeniu , jak najmniej widocznie, nie burząc ludziom nadziei wiekuistej, niechby nawet „dla głupich” – jak mówią inni – bo to zawsze dla nich będzie oznaczało cierpienie. Tak zatem można tracić wiarę, zyskując przy tym męstwo… Tylko aby nie przeszło ono w groteskową pychę, warto jeszcze walczyć, co samo też boli, o to by zachować chociażby samo pragnienie sensu. Łatwiej o to, gdy spoziera się często do góry w noce gwiaździste. Kosmos – rzeczywiście uczy pokory, tylko głupi (zarówno wierzący, jak i nie) odpowiednio nie odrobi jego lekcji, a przecież przez swą dostępność prawie że banalną.
Dziwne to, niepokojące, ale prawdziwe, że w pielgrzymce wiary grozi lądowanie na długi czas w świecie Bladerunnera; przestrzeni nieznanej, zimnej, futurystycznej, skleconej z wielkich gmachów i ulicznych straganów, skrytej w szaroburej mazi nocy i kakofonii metropolii. Ogarniającej samotnością w wielkim tłumie. Przenikanej przez latające śmigacze i przez syntetyczne istoty pełne grozy, chociaż podobne jak dwie krople wody do człowieka. A zresztą sami popatrzcie jak tam jest (zastrzegamy oczywiście, że wiemy, iż żaden z nas Harrison Ford, ale…zaraz, ten cicho-ledwy uśmiech w prawym kąciku ust ?)
Jednak i Bladerunnera całkowity upadek w miłość uczy, że i w tym świecie można w sercu ostatecznie wygrzebać słowa podobne w brzmieniu do tych:
nie oddziela mnie od świata
gruby mur czy cienka ściana
tylko ogień
nie odróżnia mnie od rzeczy oddech ani serca bicie
tylko ogień
nie zbliża mnie do człowieka
jego moja krew i ciało
tylko ogień
i z Bogiem mnie nie połączy
obłok chłodny czy powietrze
tylko ogień
(Przez ogień, Pasierb)
Ggdyby nie jedna Eucharystia, kiedy tę bezwiednie spadającą bryłę osoby podtrzymał nagle opłatek chleba, tego postu by już pewnie nie było. Tak zatem „placebo”, „autosugestia”? Każdy musi sam spróbować... Wrócimy za tydzień, jeśli Bóg da (chociaż jak tak się mówi, to znaczy że już z człowiekiem nie jest źle ). Wrócimy jako ivo, bo z Fincherem coraz bardziej nam się wizje świata oddalały. Był jeszcze trochę neo.pl i kilka z nim związanych, bombastycznych, tekstów, które zostawiamy na świadectwo „traumy smoleńskiej”, kiedy to człowiek biegał nawet na barykady polityczne, do czasu kiedy zrozumiał, że w tym kraju, przy tych politykach, przy tych wielkich mediach, żadne neo się nie pojawi. Oczywiście zawsze można jeszcze milczeć, bo się człowiek nie obrobi na czas z remontem mieszkania , i ani miejsca, ani sił na pisanie nie będzie miał. Tak zatem zamykamy ten tekst jakąś groźbą niedopowiedzena. Ale tak naprawdę skończymy go mocnym akordem. Keep the faith…



Komentarze
Pokaż komentarze (3)