Już jakiś czas z coraz większym zażenowaniem podglądałem produkcję Pana Pawła Paliwody na Salonie. Mówię „podglądałem”, jako że nie potrafiłem ich zazwyczaj dokończyć... Czułem się nieco nieswojo, bo w sumie spod tych samych sztandarów Świętego Kościoła Rzymskiego się wywodzę, a jednak nie chciałbym, aby ktoś strzelił mi wspólną fotkę pod nimi z Panem Pawłem; i to mimo jego erudycji i oczytania, przed którymi chylę czoło. Dlaczego…? Może zacznijmy od zdjęcia Samuraja, którym Pan Paweł inkrustował swój blog,
Czy był tam ten Samuraj, aby świadczyć o determinacji Pana Pawła, że jest gotowy w imię obrony własnych przekonań nawet na śmierć cywilną? Zapewne, jak każdy inteligentny-prawicowiec, wycierpiał swoje w "Raju "Trzeciej RP. Ale kontekst jego blogu wskazywałby, że samuraj stoi tam, abym mieczem rzezać wszystkich, którzy na sztandary nastają: ludzi obojętnych, „zdrajców” prawicowych szeregów, agresorów lewicowych, liberalnych i…innych. I Pan Paweł wycinał: słowem. Nie mam teraz dostępu bezpośrednio do jego blogowych pism, aby przeprowadzać szczegółową analizę stylu. Ale wspomnijmy chociażby słowo klucz w jego publicystycznym tezaurusie, słowo „ekspozytura” w odniesieniu do Dziennika, przez co wszystkich tam pracujących obarczał piętnem „piątej kolumny” w państwie polskim. Żeby była jasność: to że zbytni przechył kapitału zagranicznego w Polsce niesie ze sobą zagrożenia... nie podlega dla mnie dyskusji, tak samo jak podobny przechył w bankowości etc… Przykład obrony Włochów przed przejęciem ich jednego z głównych banków dowodzi, że liberalny banał: nie ważny jaki paszport właściciela, ważny jaki sam właściciel , sprawdza się gdy liberała sam nie zaczyna dotyczyć. Można rzec, że zbieżne to przekonania poniekąd z poglądami Pana Pawła. Poniekąd. Sęk w tym, że ja tym mieczem Samuraja nade wszystko chciałabym wycinać szpetotę własnej osoby, a dopiero potem rozglądałbym się kogo tu rozłupać, broniąc się przed jego agresją…
Pan Paweł często powoływał się na rzeczywistość katolicyzmu. Ja jednak pytam, czy nadchodząc od strony katolicyzmu, nadchodził także ze strony horyzontu Jerozolimy, gdzie majaczy sylweta Krzyża. Bo gdy człowiek stamtąd nadchodzi to już wie, że chce tylko ocalać innych, „ocalać to co zginęło”, wiedząc, że sam został Tam właśnie ocalony… Wycinanie w pień, chociażby i słowem, wydaje mu się nadto barbarzyńskie, jakby to powiedzieć – bardziej mu to pasuje doczasów before Christ …
Lecz postawa przeciwna do stylu obecności Pana Pawła na forum publicznym wcale nie wydaje się lepsza. Wcielają ja w życie katolicy nazywani potocznie w publicystyce „otwartymi”. Są przekonani, że świat tak naprawdę jest o wiele bardziej dobry niż zły, że to dobro da się wydobyć poprzez nieustanny dialog ze światem. Przekonują, że tego świata nie trzeba się bać, ale należy weń wejść radośnie, z nadzieją, no bo przecież apostołowie też tak robili po wyjściu z Wieczernika. Jeno zapominają dodać, ze wielu z nich skończyło… na mękach. Gdy słucham takich optymistycznych tyrad pewnego biskupa, to sobie myślę, że łatwo o taki optymizm w zaciszu bibliotek, w szeptance intelektualnych dysput, czy uprzejmościach wywiadów z czołobitnymi dziennikarzami. Gorzej, gdy trzeba go zachować w praniu, w życiu codziennym, kiedy coraz częściej otrzymuje się ciosy od innych za to, że jest się uczniem Mistrza. Ale pół biedy sankcje w Polsce – tutaj grożą uśmieszki, towarzyski ostracyzm, najwyżej wylot z pracy, gorzej w takiej Afryce – tam za akces do Kościoła można zaliczyć maczetę… w łeb. Bo rzeczywistość nie jest aż tak tragiczna jak u Pana Paliwody, ani tak optymistyczna jak u tego biskupa. Jest ciężka, znaczy się szaro-świetlna …
Istnieje jeszcze trzeci sposób opisu świata - na nudę; wtedy udaje się, że nie jest ani radośnie, ani tragicznie, tylko życie, a już życie Polski szczególnie, spełnia się w linii constans; napięcia, konflikty rzeczywistości zostają uładzone, ich temperatura wygaszona. Takie właśnie odczucia towarzyszą widzowi programu Między niebem a ziemią (sztandarowej propozycji redakcji katolickiej TVP),Wierzę, wątpię, szukam na Trójce TVP, czy też wreszcie Bez kadzidła(na religia tv, którą poniekąd wcześniej chwaliłem); w przypadku tego ostatniego ostrożność zadającego pytania dostojnikom kościelnym jak najbardziej przywodzi jednak dziennikarstwo dworskie. Bo gdy się robi wywiad z szefem katolickie oświaty w Watykanie warto go może spytać, zamiast dać mu się upajać statystykami, o pewne problemy; chociażby o definicje misji i tożsamości w świecie współczesnym tych szkól, szczególnie w czasach ich frekwencyjnej islamizacji, ateizacji, o to, czy katolickie znaczy a priori dobre…
Jak zatem mówić o tym świecie, do tego świata, żeby uniknąć pułapek powyżej opisanych, żeby nie nudzić, nie fałszować,nie pudrować, a zarazem nie niszczyć go w perzynę, w gruzy nie obracać…? Tego jeszcze chyba do końca nie wiem…..Na razie stoję sobie wraz z innymi i się przyglądamy świętej wojnie konserwatystów z lewako-liberałami. Okopani na swoich pozycjach, jak waleczni uczestnicy walk nad Sommą, przerzucają sobie od lat te same granaty: aborcja, antykoncepcja, komórki macierzyste, ekologia, gay life. ..Ostatnio między okopami lata książka Pana Wildsteina, jedni twierdzą, że ona „zachwyca”, że musi innych „zachwycać”, drudzy – że „nie zachwyca” i „zachwycić” by nigdy nie mogła. Ale najbardziej cierpi na tym Pan Wildstein, który pozbawiony jest tym samym szansy szczerej oceny wartości literackiej jego prozy. Ale inaczej być nie może, bo obie strony wiedzą, że o kompromisach nie ma tu mowy, ze żadnego wspólnego mianownika się tu nie znajdzie. Zresztą, my, mimowolni obserwatorzy tego boju, nie mamy złudzeń, że można go na stałe znaleźć. Ale mimo że nam bliżej do Okopów Św. Trójcy , nie marzymy o tym, aby postawić stopę na trupie Sławomira Sierakowskiego, aby wycharczeć nad nim, z rękami podniesionymi w geście tryumfu, bojowy okrzyk z gardła: Sancta Romana Ecclesiaaa!!!. Raczej marzymy o tym, aby to Sławomir wykrzyczał Galilaee vicisti! (Galilejczyku zwyciężyłeś!) , wtedy nie będzie przegranych; zresztą nie oszukujmy się: niejeden rasowy prawicowiec lekcję takiego okrzyku powinien również przerobić. Bo my nie chcemy robić lewicy, ani prawicy w tym kraju, my chcemy w nim robić…Ewangelię, a jeśli wyjdzie z tego polityka, to ot, tak…niejako przy okazji. Bo szczerze przejęły nas słowa wypowiedziane w pewnej synagodze w Nazarecie: Duch Pański spoczywa na Mnie, ponieważ Mnie namaścił i posłał Mnie, abym ubogim niósł dobrą nowinę, więźniom głosił wolność, a niewidomym przejrzenie; abym uciśnionych odsyłał wolnymi, abym obwoływał rok łaski od Pana".I wiemy, że te słowa są nadzieją i zobowiązaniem zarazem, bo do ich pełnego spełnienia droga jeszcze daleka, tak zatem - mówiąc językiem Śródziemia - "przygoda trwa..'
Jedna rada dla naszych kuzynów prawicowców: Panowie spokojniej. Bez proroczych uniesień, róbcie po prostu swoje, ze świadomością, że ten Wasz cały kulturkampf może pierdy….nąć, jak chociażby „rewolucyjny” projekt „pampersów”. I co wtedy…? Chodzi się potem po świecie i na każde słowo wypowiedziane z uniesieniem dostaje wstrząsu anafilaktycznego (vide: przypadek Cezarego z Dziennika).Wtedy też ratunku szuka się w modernizacji, bo dokądś trzeba uciekać, chociażby do lodówki z LCD, gdy prometejskie rojenia prawicowe runą… Tak zatem róbmy swoje Panowie, róbmy swoje bez zapatrzenia w Mont Blanc.



Komentarze
Pokaż komentarze (12)