artur olędzki artur olędzki
56
BLOG

Po prostu - "Jerzy", cz.1

artur olędzki artur olędzki Kultura Obserwuj notkę 3

 

 

To jest wpis archiwalny. Aby dotrzeć do wpisu najnowszego, kliknij na tytuł: poza matrixem

    Kilka dni temu zza futryny wychyliła się uśmiechnięta twarz „Seniora”. 

 – Czołem...słuchaj, pożycz mi te „pienia”. Posłucham sobie ich w samochodzie. 

    Mnisi okapturzeni benedyktyńskimi habitami zapewne zdziwiliby się, jak "Senior" nazywa ich twórczość wokalną zespoloną rygorem dostojnego chorału gregoriańskiego; unoszącego się pod sklepienia średniowiecznej katedry osadzonej na skalistym, surowym Wzgórzu Świętego Michała. Jego prośba zaskoczyła mnie niebywale, gdyż jeszcze kilka dni temu próbowałem Seniorowi pożyczyć, a wręcz „wcisnąć”, Ewangelię nagraną na CD; w nadziei, że „wzmocni się” od czasu do czasu Słowem Bożym w trakcie jazdy swoim luksusowym audi (a z racji swej profesji jeździ nim często i długo). Coś bąknął mi jedynie wtedy, że na słuchanie Ewangelii „trzeba mieć nastrój”, a ten - według niego - na polskich drogach, na tych złowrogich, polskich drogach jest raczej niemożliwy. Mimo to „Seniora” chyba jednak intryguje i niepokoi główny bohater Nowego Testamentu, jako że nosi na swej piersi mały, srebrny krzyżyk; chociaż niekiedy powątpiewa w Zbawiciela, pytając się, czy On „w ogóle istniał”. Ale niezależnie od wszystkiego ten Chrystus – sportretowany w kanonicznych opowieściach – wzrusza go radykalnym przywiązaniem do prawdy i miłości. Jednak jego uczniowie, dzisiejsi następcy apostołów, raczej już niekoniecznie. Słowem – szczególnie do dostojników kościelnych ma stosunek delikatnie mówiąc "chłodny", co rzutuje na jego cały ogląd spraw wiary. 

    Niechęć „Seniora” do takiego bytu hierarchicznego, którym – na pierwszy rzut oka – jest Kościół, może nieco dziwić, zważywszy jego zamiłowanie do porządku i dyscypliny. Odnajduje je chociażby w zwartym, zdecydowanym kroku legionów rzymskich, których filmowe obrazy mógłby oglądać w „nieskończoność”. Taaak, mityczne męstwo wojowników Imperium, hartowane podczas wieków podboju, zachwyca i rozmarza Seniora. Do tego stopnia, że czasem sam przypomina mi mężnego Maximusa z Gladiatora; dowódcę oddziałów Cesarstwa walczących z barbarzyńcami Północy. I to mimo jego niewielkiej postury; choć patrząc na jego smoliste (i to jeszcze w tym wieku!) szerokie, grube brwi, myślę sobie, że istotnie – odziedziczył je po jakimś rzymskim patrycjuszu. A gdy w pięć sekund podejmuje decyzje, których jego pracownice z biura nie mogą podjąć przez tydzień, gdy walczy z hordą cwaniaków, których dumnie się zwie businessmanami, gdy wykopuje spod ziemi kredyty, których odmawiają „polskie” (ponoć) banki, to wówczas – jak nigdy – zdaje się być tym oto Maximusem i oficerem wywiadu w jednej osobie. Walecznym wirtuozem łączącym szlachetną przebiegłość, inwestycyjną inteligencję i właśnie rzymskie męstwo; odsłaniające się chociażby w spokojnym znoszeniu finansowej odpowiedzialności (przecież w Polsce czasem nieobliczalnej). Swej niedzisiejszej odwagi i determinacji dowodzi w obrazowej frazie: ”Ja nie odejdę z firmy na emeryturę, mnie z niej po prostu wyniosą… w trumnie”.  

   Teraz może szybciej zrozumiecie, dlaczego Senior niezbyt kocha „ciało biskupie”. Po prostu nie odnajduje w nim owej starożytnej cnoty męstwa; skojarzonej na dodatek z jakąkolwiek strategią naprawy – na której mu bardzo zależy – Najjaśniejszej Trzeciej Rzeczpospolitej (w jej wymiarze społecznym i politycznym). Zresztą „dogłębna” lektura książek Jasienicy przekonała Seniora, że „ciało biskupie”, w ciągu całej historii naszego kraju, nie przyłożyło ręki do pomnażania jego siły. A ostateczny wniosek, który wyciągnął z kart tegoż autora był – powiedzmy sobie to szczerze – miażdżący: polski kler, szczególnie ten wyższy, przyczynił się do wielu nieszczęść naszego narodu, które znalazły swą nieszczęsną kulminację w rozbiorach.

 

         Ileż to ja się napociłem żeby – podczas jednej z gorących, letnich nocy – przekonać go mimo wszystko do aktywnego uczestnictwa w życiu sakramentalnym, korzystając przy tym ze szczupłych zasobów swej wiedzy historycznej i teologicznej. Dowodziłem nie tylko nadprzyrodzonego charakteru Kościoła, ale też i jego wpływu na kulturę i tożsamość moich rodaków przez wszystkie wieki, począwszy od chrztu Mieszka. Ale i to nie pomagało. Wreszcie uderzyłem w bardzo czuły punkt światopoglądu mego rozmówcy. „A Wyszyński?” – zapytałem. „Senior” na moment się zasępił, bo Wyszyński rzeczywiście charakterem i postępowaniem często przypomina mu męża stanu godnego pióra Tacyta. Ale zaraz potem znalazł argument nie do odparcia, którym zresztą już mnie kiedyś szachował: układ z komunistami z lat 50-tych! Kościół za cenę spokoju – dowodził „Senior” – zobowiązał się w nim pomagać w zwalczaniu „bandyckiego podziemia”. Że było to jedynie papierowe zobowiązanie, sprawy nie rozwiązuje, a rysy na pomniku Wyszyńskiego nie wygładza. Tysiące bowiem akowców skrytych po lasach musiało poczuć wtedy gorycz „ostatecznej zdrady”. Tak się nie godziło robić. Niezbyt biegły w materii Wyszyńskiego, zdecydowałem się sięgnąć zatem po inny argument, ostateczny a zarazem jedyny,  jaki przyszedł mi do głowy: „A Popiełuszko?”. Tu znowu Senior się zawahał. Jak widać „irracjonalny” – bo nie dający się wytłumaczyć do końca – spokój rzeczonego kapłana wobec groźby morderstwa, nawet najbardziej zagorzałego antyklerykała musiałby przyprawić o mały zawrót pewnej swego głowy, a co dopiero „Seniora”. Ten jednak na chwilę tylko stracił rezon, bo zaraz potem, lekko waląc swą masywną pięścią w stół, wyrzucił z siebie: ”Ponad dwadzieścia lat nie mogą go beatyfikować!!! Jak tak można!?”. Teraz to ja zaniemówiłem na krótki czas, bo i mi te „ponad dwadzieścia lat” wydało się cokolwiek za długo, i to mimo wiedzy, że „młyny Kościoła mielą powoli”…       

                                            * * * *   

     – Ja chyba mamo zmienię te dyżury (ministranckie) – powiedziałem z pewnym żalem w głosie. – On jest taki nieobecny podczas tych Mszy, jakby nas w o ogóle przy nim nie było – dodałem.

    Matka nic nie odpowiedziała, chyba trochę się dziwiła, jak ten „wspaniały, odważny Popiełuszko” mógł nie zachwycić jej małego synka, którego lata posługi ministranckiej przypadają na czas przed i po śmierci „kapłana Solidarności”. Szczerze mówiąc, chyba bardziej doceniałem wysokiego, o kruczych włosach Bartosza, który zabierał nas na długie wycieczki autokarowe. Lubiliśmy też, pachnącego dobrymi perfumami, Waldemara, bo „służba Boża” nie wiązała się przy nim ze zbyt wielkim trudem. ”No – mówił zazwyczaj po zakończeniu Mszy – widzicie chłopcy, można szybko i po Bożemu. Deo gratias!”.  Podobnie jak Popiełuszko bywał zamyślony, i oddalony od nas podczas liturgii, Roman o semickich rysach. Jednak w swoim skupieniu zmierzał chyba w odmiennym niż on kierunku. Razu pewnego w trakcie różańca, klęcząc koło niego, zobaczyłem, jak krzyżykiem od świętej koronki robi sobie delikatnie manicure. Pomyślałem, że nie jest z nim chyba najlepiej i widać nie było, skoro po jakim czasie odszedł z kapłaństwa za kobietą, przystojną, aktywną katoliczką, która podczas nabożeństw gorliwie się modliła, zawsze blisko ołtarza. Spotkałem go niedawno w osiedlowych delikatesach, kiedy prowadził za rękę dwie niewinne istoty, prawdziwe aniołki, tyle że o hebanowych lokach. Widać praca w parafii znaczonej obecnością charyzmatycznego „duszpasterza ludzi pracy”, a później męczennika, nie była patentem na świętość. Ale bądźmy sprawiedliwi. „Ks. Jerzy” rozpalał wyobraźnię i serca setek ludzi; wśród nich znalazłoby się wielu gorliwych kapłanów, jak chociażby ks. Małecki czy Teofil Bogucki (proboszcz żoliborskiego kościoła) bez wsparcia którego „Jerzy” nie dokonałby tego, co dokonał.    

     Ale i ja długi czas nie byłem - do czego poniekąd przed chwilą się przyznałem - pod urokiem tej charyzmy (zawsze jednak wyciszonej), którą roztaczał wokół siebie „kapłan robotników”. Zresztą, ileż to razy słyszeliście, czytaliście już te narracje o dzieciach nie doceniających wyjątkowości historycznych chwil, w których przychodziło im żyć? I ja razem z moimi kolegami też w pełni ich nie docenialiśmy na początku naszej „kariery” ministranckiej. Choć obecność zagranicznych ekip telewizyjnych, która zwracała – trzeba przyznać – naszą uwagę, uświadomić powinna nam, że w tej  parafii, w erze szarego komunizmu, dzieje się coś jednak niebagatelnego. „Przecież ludzie z Zachodu nas filmują!” – powtarzała, cała rozdygotana, moja wiekowa sąsiadka. Brak z naszej strony nabożnego stosunku do atmosfery podniosłości, panującej w kościele, odsłaniało nasze zachowanie podczas pamiętnych Mszy za Ojczyznę. Wśród szerokiej świty asystującej wówczas „ks. Jerzemu” w sprawowaniu Ofiary staliśmy i my, paru małych ministrantów, przyciśniętych do balustrady zewnętrznego balkonu świątyni. Pod nim falował niezmierzony tłum, który w niebogłosy skandował często, radośnie i odważnie: ”So-li-dar-ność!”,  „So-li-dar-ność!”, ”So-li-dar-ność…!”. I gdy on swoim spokojnym, dla mnie wtedy monotonnym, głosem mówił o wolności – przede wszystkim tej duchowej, nie tylko politycznej – gdy wspominał o krzyżu Chrystusa uobecniającym się wówczas w Polsce, my, drobne szkraby, odziane w białe komeżki, rozprawialiśmy nieraz szeptem o nowościach wideo z przemytu. Taki Rambo, którego ledwie można było poznać z kopi „zjechanej” w wyniku tysięcznego przegrywania, rozpalał naszą wyobraźnię o wiele bardziej niż ów drobny człowiek stojący parę metrów od nas. I gdy za nasze filmowe dysputy czasem wylatywaliśmy z balkonu, karę, która nas spotykała, kwitowaliśmy zazwyczaj głupkowatym chichotem…  

                                                   * * * *    

   O szybsze bicie serca przyprawiała nas za to, niemalże jak akcja „Rambo”, perspektywa „starcia z czerwonymi”. Otóż słowa Jerzego „zło dobrem zwyciężaj” nie przeniknęły dogłębnie do naszych szczenięcych dusz, bo za „kłamczuchów komuchów” się nie modliliśmy, a za to z ochotą rozmyślaliśmy o sposobach „dokopania” im. We mnie ten niechrześcijański zapał podsycał dodatkowo chłopak mojej siostry, który na działalności w podziemiu zęby zjadł i trochę lat do kosza wyrzucił, będąc relegowanym z uczelni. „Bitwy” z „czerwonymi” rozgrywały się zazwyczaj po Mszach w żoliborskiej parafii. Jak Jerozolima przez niewiernych, tak ona – podczas większych zgromadzeń – była oblężona ze wszystkich stron przez opancerzone, złowrogie oddziały ZOMO. Każdy wydarty wtedy od „glin” metr przestrzeni symbolicznie znaczył więcej wolnej Polski dla nas. Pamiętam, jak kiedyś tłum po błogosławieństwie wyległ na Plac Komuny Paryskiej (dzisiaj Wilsona), jak skierował się w górę Słowackiego. W końcu co tu się mogło dziać, u zbiegu ulic trzech wieszczów: Krasińskiego, Mickiewicza i Słowackiego właśnie? Tylko narodowe powstanie… A że małe, malutkie, maluteńkie? Nic nie szkodzi, ważne że „nasze”. Tak zatem tłum coraz bardziej spychał zwarte szeregi ZOMO-wskiej falangi w stronę północną, w stronę Gdańska, powoli zdobywając przewagę na polach żoliborskich. Pałętałem się ja wtedy między nogami skandujących i za nimi powtarzałem donośnym falsetem: „Precz z komuną! Precz z komuną! Precz z komuną….!”. Ach co też się działo wtedy, co też się działo! Mało brakowało a szeregi ciężkozbrojnych z „Solidarności”, którymi były czasem starsze panie z farbowanymi włosami, ogłosiłyby ostateczne zwycięstwo. Ale nagle, na przedzie pochodu, grupa rosłych młodzieńców pały wyciągnęła i dalej nimi po swoich sąsiadach bije. „Jak to swoich biją!? Swoich!?” - nie mogli się ludzie nadziwić. Niejeden maszerujący w ferworze walki zapomniał, że jego bliski kompan, który razem z nim wznosił rękę przeciwko „władzy ludowej”, mógł być tajnym agentem lub co gorsza – etatowym ubekiem. I tak zaatakowani znienacka – jak obrońcy Troi – jak oni również ludzie stracili orientację w tym, co się działo, a zomowcy bałagan wykorzystali i szturmem na nich ruszyli. I to już był koniec krótkiego snu o wolności…          

   Przemykałem się wzdłuż dziurawego ogrodzenia mej podstawówki. Stały za nim rzędy błękitnych, milicyjnych suk. Zomowcy prowadzili do nich manifestantów, których udało im się wyłowić z protestującej masy. Niedaleko zobaczyłem barczystego chłopaka mojej siostry. Jego muskularne ręce wiązały stalowe kajdanki. „My tu jeszcze wrócimy!” – wykrzyczał zza kraty milicyjnego furgonu. I wraz ze swoimi kompanami wreszcie wrócił – w samo Południe, dnia czwartego czerwca. Wybory wygrał, koronę na głowę orłowi wsadził i zaczął wykopywać ubeków z wolnej Polski. Ale tym razem to oni za Franzem Maurerem wykrzyczeli: ”My tu ku…wa jeszcze wrócimy!”. No i wrócili i mamy, to co mamy…

                                       

 

 

 

O autorze: zalogowany w korporacji The Roman Catholic Church, tropiący człowieka zwanego Mesjaszem, w stanach nagłych "łowca androidów"... ; mail: pozamatrixem.pl@gmail.com; Laureat nagrody Feniks 2011 w kategorii publicystyka religijna za książkę:"Ksiądz Jerzy Popiełuszko. Spotkania po latach.Wywiady." Cały blog „źródłowy“ - pod linkiem: www.pozamatrixem.pl strona na facebook.com: Poza Matrixem

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (3)

Inne tematy w dziale Kultura