To jest wpis archiwalny. Aby dotrzeć do wpisu najnowszego, kliknij na tytuł: poza matrixem
Powagę historycznej chwili odczułem dopiero wtedy, gdy telewizyjny spiker odczytał informację o uprowadzeniu Jerzego. Matka przestała robić kolację, nóż zastygł jej w ręku, wreszcie rzuciła do mnie i do siostry: idziemy do kościoła! Nie my jedni tak postanowiliśmy, skoro całą świątynię, gdy przyszliśmy, wypełniała już ciżba ludzka zanosząca błaganie do Stwórcy o ratunek. Dzień w dzień przez dekadę - lub dłużej - jednego miesiąca tak się działo, co zaświadczam jako brzdąc w komeżkę wtedy przyodziany, stojący wówczas przed złaknionym cudu ocalenia ludźmi…Niestety miało być inaczej. Już samo miejsce, gdzie „Jerzy” odprawiał ostatnią Mszę (parafia Świętych Polskich Braci Męczenników) miało być tragicznie prorocze… Pamiętam jak podczas kolejnego już czuwania jakiś ministrancki senior podszedł do kapłana i coś mu na ucho szeptał. Potem celebransowi zostało już tylko łamiącym się głosem oświadczyć, że właśnie znaleziono ciało „ks. Jerzego”. Płacz, skowyt i jęk zlały się nagle w majestatyczną suplikację ”Święty Boże, Święty Mocny…”. Bolesny śpiew klęczącego tłumu, skowyt niewysłuchanych, brzmiał o wiele głośniej niż organy, które zazwyczaj rozsadzały mury tej świątyni…
To, że historia jednak się spełnia wokół nas, pojąłem jeszcze bardziej wtedy, gdy w czasie pogrzebu „Jerzego” zobaczyłem tę masę ludzi (około miliona) rozlaną zarówno na głównych alejach, jak i uliczkach Żoliborza; wspinającą się niekiedy na dachy domów i przykościelne drzewa. Wtedy dotarło do mnie, że podawałem liturgiczne ampułki komuś…wielkiemu (?) Odczucia tego nie zmąciły zdjęcia jego zmasakrowanego, jakby w rzeźni, ciała; nad którym „popracowali” wcześniej smutni panowie z SB. Makabryczne „obrazki” – takie dosłowne negatywy zmysterium iniquitatis– zobaczyłem we francuskim tygodniku przerzuconym przez granicę.
* * *
Kiedyś jeden z wysokich ministrów dostał od medialnych komentatorów, ponieważ postponował działalność opozycyjną pewnej legendy z „Solidarności”. Nakazano mu, żeby siedział cicho, bo gdy legenda za niego walczyła, to on robił w pieluchy, bo tylko tyle mógł robić wtedy. Otóż spieszę donieść, że ja w pieluchy w tych ważkich chwilach dla Żoliborza, i nie tylko, już nie robiłem. Chyba czyniłem wszystko wtedy, co w wieku moim czynić mogłem – sprzątałem znicze wokół grobu „Jerzego”; którego ciało spoczęło przy naszym kościele. Próbowałem zapanować – wraz z innym rówieśnikami w komżach – nad prawdziwą, ale to prawdziwą, rzeką zniczy; płynącą przez całą przykościelną ziemię. Mogłem się wtedy przekonać, z mojej niemal żabiej perspektywy, ileż to ludzi oddawało honory „Jerzemu”. A kiedy podnosiłem głowę znad płomieni, widziałem – niemal jak w niekończącym się kalejdoskopie – coraz to nowe transparenty z całej Polski, których przyrzeczenia, „że pamiętamy”, „że nigdy nie zapomnimy”, „że na zawsze zostaniesz w naszych sercach”, wydobywała z ciemności migotliwa poświata.
Dzisiaj na Mszach za Ojczyznę zamiast falującego tłumu pod balkonem – ledwie ławki wypełnione przez najwierniejszych z wiernych; „mohery”, które nieraz defilują dumnie z patriotycznymi sztandarami. W ostatnią rocznicę jego śmierci, pod murami kościoła, płonął zaledwie cieniutki rząd zniczy, złożony przez tych, co rzeczywiście jeszcze pamiętają. Według statystyk grób „Jerzego” nawiedziło od czasu jego pogrzebu parę milionów osób. Ja w momentach decydujących tej liczby nie widzę. A nawet gdybym widział, to nie usprawiedliwiałoby to mego postępku w noc ostatniej właśnie rocznicy.
* * *
Gdy za oknami słyszałem doniosłe bicie dzwonów, gdy w eter niósł się zaśpiew organisty: „Boże coś Polskę…” (na rozpoczęcie świętej Mszy), to ja wtedy wygodnie siedziałem przed telewizorem i „zmęczony” zipowałem kanały, cały czas sobie tłumacząc, że po długiej trasie muszę „odpocząć”, że właściwie idąc tam, mogę się „przeziębić”, bo to już prawie listopad. Nagle przeraziłem się śmierci duchowej z lenistwa. Brakowało chipsów pod ręką i ciepłych bamboszy na nogach do pełni mieszczańskiego upadku… Rękoma dotykałem męczennika, w oczy mu patrzyłem, a nie znajdowałem w sobie siły, aby raz do roku postać dwie godziny przy jego grobie. I to kiedy dzieliło mnie od tego grobu dziesięć minut drogi… Dziwne, w Balladynie, Dziadach Bógostatecznie przywracał zachwianą sprawiedliwość, rażąc gromem z jasnego nieba przebiegłego sprawcę zła, ja tymczasem siedziałem, zipowałem, a jakoś piorun we mnie nie walił…
Kiedy to ja odpłynąłem w strumieniu tych, których pochłonęła zupełnie, ostatecznie nasza kapitalistyczna, „mała stabilizacja” ? Kiedy mi w mówiono, że w erze globalizacji, Unii to już nie jest tak ważne, że przeminęło wraz z „bogoojczyźnianą” retoryką tamtych czasów? Że ten ból miażdżonego ciała, można zapomnieć, zagłuszyć echem chociażby reklam i oklaskami Wielkiej Zgody Narodowej? Ale może tak gniłem w tym fotelu wtedy, bo nie słyszałem z tego kościoła, mojego Kościoła, żadnego donośnego, proroczego głosu, który mógłby mnie porwać, rozpalić dla czegokolwiek, dla kogokolwiek? Ale może właśnie dlatego trzeba o nim („Jerzym”) pamięci strzec, aby wyłonił się z niej…ktokolwiek z charyzmą…
Zanim mnie ostatecznie osądzicie, od czci i wiary odsądzicie, zanim uznacie za degenerata, popatrzcie jednak na innych, na tuzów świata polityki, biznesu i kultury III RP. Ilu z nich żem widział na wspomnianym kościelnym balkonie jako „opozycyjnych liderów”? Ilu z nich szło z nim niemal pod rękę, składając przy tym palce w solidarnościową Victorię? Tak, przykład idzie z góry. Czy oni ostatnio przy tym grobie się pojawili, głowy skłonili, przyznali, że ta zmasakrowana twarz do czegoś ich jeszcze zobowiązuje, wzywa? Czy tłumaczyli, co twarz ta oznacza dzisiaj dla nich, dla ciebie, dla mnie? Czy wspominali go nietuzinkowo, z racji ostatnich rocznic jego śmierci w prasie, radiu telewizji? Nie. Za to coraz częściej „kapłanem Solidarności” tytułują jedynie filozofa z Krakowa.
Tak patrząc na niektórych z tych tuzów, straszną myśl odkryłem w sercu… że szkoda było przelewać za nich tę krew. Ale gdyby dożył dzisiejszych czasów, to podsunęliby mu kwestionariusz poprawnego myślenia, a w nim widniałyby pytania o: grubą kreskę, okrągły stół, dekomunizację, lustrację, aborcję, homozwiązki, Radio Maryja, a nawet o ekumenizm i dialog międzyreligijny. I gdyby odpowiedział chociażby na jedno z nich nie tak jak trzeba, wówczas odesłaliby go, chichocząc przy tym po cichu, do lamusa historii lub zrobiliby człowieka niespełna rozumu; jak to uczynili z jednym poetą. No, może miłosiernie nazwaliby go jeszcze Don Kichotem, niemającym bladego pojęcia o współczesnym świecie. A tak w sylwecie pomnika z granitu cały woła w ciszy. Męczennik to po łacinie „świadek” i on tak właśnie świadczy o prawdzie, że ktoś przez blisko 50 lat upadlał w tym kraju drugiego, niszczył, a wreszcie zabijał. Ktoś, a nie żaden bezosobowy „system”. Ktoś, kto ma się dzisiaj całkiem dobrze, bo w imię „miłosierdzia” zapomniano o prawdzie, że żył jak szuja, jak szmalcownik, że zabijał jak oprawca; nie tylko nadzieję, tęsknoty, marzenia ludzkiej duszy, ale również i ciało. Tak, ta zmasakrowana twarz, która mówiła „zło dobrem zwyciężaj”, dzisiaj zarazem świadczy o tym, że miłosierdzie bez prawdy było karykaturą miłosierdzia; karykaturą, która winnych nie przemieniła, a skrzywdzonych spokojem nie napełniła. „Jerzy” nie był tylko głosem sumienia sytemu komunistycznego, jest i głosem sumienia systemu dzisiejszego, systemu III RP, bo tej mitycznej IV-tej to my już raczej nie osiągniemy. A jak wiemy – głosu sumienia nie można przekodować, można go jedynie zagłuszać, udawać, że go nie ma. Wtedy trochę spokojniej da się już wychylić szklaneczkę drogocennej whisky z tym, który Msze odprawiane przez „Jerzego” nazywał „seansami nienawiści”. Kontur słów: „prawda”, „wina”, „dobro”, i wielu innych, ta fraternizacja zatarła niemal doszczętnie. Dopiero przy jego grobie odzyskują one swój pierwotny sens. Ja wiem: to wszystko brzmi nieco patetycznie, nieco obco, ale w tym wypadku staroświecki styl jest jak najbardziej pożądany…tak zatem przyznam się, że nie tak dawno, wychodząc z Eucharystii klęknąłem wreszcie przy tym grobie właśnie, bo od dłuższego czasu przechodziłem obok niego, jakby nie istniał...
* * *
Wczoraj „Senior” usiadł w pokoju cały wymęczony żarem, duchotą… Rozpiął odrobinę koszulę i cicho zapytał: – Słuchaj… modlisz ty się czasem za mnie… za firmę? Oto „Maximus” – może i nieświadomie, ale jednak zawsze – wyznawał przede mną, przed sobą, słabość, wyznawał, że sam sobie nie wystarcza. Zaiste, mówiąc te słowa, odsłonił twarz człowieka oczekującego wsparcia Łaski. Może nawet przyznawał się do Kościoła, bo wiedział przecież co odpowiem: - Żartujesz Ojciec, nie ma dnia, żebym się za Ciebie nie modlił! Przecież wiesz, ze jestem twoim etatowym szamanem – zakończyłem trzepocząc pospiesznie rękoma, jak to czyni w trakcie swoich plemiennych tańców wytrawny czarownik z buszu.



Komentarze
Pokaż komentarze (3)