artur olędzki artur olędzki
158
BLOG

Cuda Ojca Bashoboro - relacja niepełna...

artur olędzki artur olędzki Kultura Obserwuj notkę 12

 

 

To jest wpis archiwalny. Aby dotrzeć do wpisu najnowszego, kliknij na tytuł: poza matrixem

 

Tak zatem jak prosiła nefesz parę „wrażeń-fleszy” z modlitw o uzdrowienie prowadzonych przez Ojca Bashoboro; mimo że nie we wszystkich uczestniczyłem, to jednak nieco postaram się przybliżyć nastrój i przebieg spotkania z nim.

Pierwsza, generalna, prymarna uwaga na jego temat musi się odnosić do rzadko spotykanego w przyrodzie połączenia w jedno głębokiego pokoju, radości, żywiołowości i prostoty, które stało się jego udziałem; to rzuca się już po kilku minutach słuchania brata z Afryki (i jako człowieka z doktoratem zrobionym w Rzymie nie nazywałbym go jednocześnie „Bożym prostaczkiem”, on zdaje się upraszczać treści w nimi istniejące, aby trafić nawet do tych najprostszych słuchaczy, najmniej wykształconych). W ogóle przekonuje się też coraz częściej, że ludzie bliscy Boga emanują owym egzystencjalnym „połączeniem”, jakże innym od tego, które jest dane nam  obserwować w rodzimym katolicyzmie; jego naturę oddaje chyba najlepiej określenie: „świętojebliwe – jak to mawia mój znajomy – jodłowanie”. Pod tą osobliwą metaforę wpisuje on wszelakie przemowy, śpiewy wygłaszane podniosłym, świętoszkowato-anielsko-kastrackim głosikiem; spotyka się go nieraz w homiliach, w pieśniach i mowie osób „pobożnych”, zbyt często, aby udawać, że nie istnieje. Niestety Mszę i modlitwy o uzdrowienie, w których uczestniczyliśmy (przeżywane w "stylistyce” Odnowy w Duchu Świętym) też  nie są pozbawione naleciałości takiego „jodłowania” (ale o szerzej o tym - innym razem); zresztą można wnioskować po przebiegu takich modlitw, że kicz Panu Bogu zdaje się zanadto nie przeszkadzać. Wspominam jednak o tym estetycznym niesmaku z tej racji, że pobudza on w człowieku wiele sceptycznych mechanizmów, i to mimo tego, że ojciec Bashoboro od takiej nawiedzonej nieco stylistyki się bezwiednie odcinał, a przecież jest związany z Odnową.

Emocjonalne zanadto pieśni, zawołania przechodzące w nakręcanie emocji prowokują do oskarżeń, że oto znaleźliśmy się w „ towarzystwie”, które widzi Boga tam gdzie psychiatra, psycholog widziałby tylko wewnętrzne napięcia, religijną histerię tłumaczące wiele zjawisk „niezwykłych”, wydarzających się na takich Mszach; odczytywanych przez ich uczestników jako cuda (a jeszcze genetyk przekonywałby, że to wszystko to sprawka DNA). Niestety piszący te słowa udał się na Mszę w natolińskim kościele „wzbogacony” o ten cały aparat koniecznych, naukowych przypisów, dlatego też na początku bardziej przyglądał się sceptycznie temu, co się działo  tam, niż się modlił. Na dodatek nie dotrwał do momentu adoracji, kiedy wedle relacji innych podniosła się z wózka pewna zakonnica, po tym jak ojciec powiedział do niej: „W Imię Jezusa, proszę Cię, wstań!”. Ona długo się opierała, bo twierdziła, że lekarze obiecali jej już miejscówkę na tym wózku do końca życia, tak zatem ktoś tu się musiał mylić. Okazało się potem, że może jednak mylą się lekarze… Tak zatem siła autosugestii, religijne placebo? O czymś takim możemy mówić raczej wtedy, kiedy nasze myśli, pragnienia, skupiają się na przedmiocie naszych marzeń, którym staje się właśnie uzdrowienie. Wiele przemawia za tym, że owa zakonnica takich pragnień nie miała. Zresztą, gdy jesteśmy przy autosugestii, to piszący te słowa sięgnie do przykładu z własnej egzystencji, ufając, że nie przekroczy przy tym cienkiej granicy między świadectwem a ekshibicjonizmem, czego pragnąłby raczej uniknąć…

Oto ostatnie kilka tygodni przyszło mu się zmagać z czymś wewnętrznym na kształt (sic!) pustki, ciemności, w której sens istnienia stawał się coraz bardziej widocznym bez-sensem, kroczeniem w mozole, w smole, w ciągłym zmierzchu, mimo że słońce parzyło niemiłosiernie. A to wszystko pomieszane z wszelakimi wątpliwościami w wierze, które przedstawiały wręcz Chrystusa Pana jako postać z komiksu, z mitologicznej kreskówki. Człowiek rzeczywiście może powiedzieć wtedy, że jakoś tak…kona powoli wewnątrz albo raczej: zdycha w środku, do tego stopnia, że nie od upału rozpina krawat, że „poniża się” do prośby o modlitwę przypadkowo napotkaną z różańcem w ręku zakonnicę. Chodzenie na Msze wydaje się mu heroicznym aktem woli, a potem to już zostaje mu tylko nie poddać rozumu wszelakiemu bluźnierstwu, zwątpieniu, które na serce napiera, tym bardziej, że żywot w takie dni jawi się jako to ciągłe, nadaremne taskanie głazu na górę przez Syzyfa Camusa; trzeba bardzo uważać wtedy, aby nie przekroczyć takiego stanu istnienia aktem pogardy, który unosiłby się i nad tego…”dalekiego”, „nieobecnego” Boga…trzeba bardzo uważać… Jednym słowem: sekundy, minuty, godziny, doby na tym świecie bolą i dłużą się niemiłosiernie, chociaż przecież na zewnątrz wszystko wydaje się być na swoim miejscu. Szukając wyjaśnienia takiego stanu, bierze się pod uwagę normalną depresję, która może w głowie wybuchła, ale jakoś tak bardziej  opisaną sytuację wyjaśniają przeżycia, których doświadczyła Teresa z Kalkuty. Tylko trochę tak niezręcznie porównywać się ze świętą... Ostatecznie źródło tej czarnej materii egzystencji („deprecha”? duch zły?) mało ważne staje się w kontekście uwolnienia z niej w trakcie Mszy z Ojcem Bashoboro. A przecież w ogóle o prośba o takowy ratunek piszącemu te słowa w głowie nie zaświtała (bo spełniające się przed jego oczami wypadki chciał - jak to już było wspomniane - oglądać z jak największym sceptycyzmem). A tu nagle jakby ktoś …”pstryk” zrobił i światło zapalił w łepetynie, a nazajutrz po liturgii chodzi już po świecie nie Syzyf, ale pielgrzym, chociaż dalej zwący się fincherem, mający obdarte, obolałe stopy…ale zmierzający ku czemuś, ku komuś…wreszcie. Dziwne jak pogańskie w swej istocie hasło francuskich legionistów (Marche ou creve ! – Maszeruj albo zdychaj!) może odnosić się do życia chrześcijanina. „Maszeruj”, szukaj Go mimo wszystko, bo jak zostaniesz w tej pustce, w tej ciemności, to sczeźniesz…na dobre.

Wspomnę jeszcze o sytuacji, z którą każdy w swym umyśle musi się zmierzyć samodzielnie. Wyobraźmy sobie wielki, natoliński kościół w kształcie bazyliki, wypełniony po brzegi ludźmi, i tę przemożną ciszę adoracji…aż nagle zda się słyszeć z głębi świątyni narastający, przeciągły, ryk, niemal potwora z Lochness. Ale to nie potwór tak jęczał, krzyczał, jeno młoda kobieta…Tropów interpretacji tego wzmożonego, apokaliptycznego charczenia już nie podrzucę…

Moją uwagę zwróciła ponadto jedna rzecz. Mimo że te modlitwy były niezwykle emocjonalne, zagęszczenie mężczyzny na metr kwadratowy było nieporównanie większe od tego, co się widzi się na niedzielnych nabożeństwach (i byli to panowie w różnym wieku). Przy mnie samym klęczał ogolony, barczysty dresiar,z jakby rodem wyjęty z najgorszych rewirów Pragi albo z najbardziej mrocznych kadrów Pittbulla…A on tymczasem cały wzruszony klęczał z rękoma wzniesionymi do góry, w jednej z nich dzierżąc różaniec…Doprawdy - widok niespotykany i poruszający w swej wyjątkowości a zarazem szczerości. Widać wystarczy z mocą przepowiadać Pana, a faceci sami doń przyjdą…

Zakończę to wszystko uwagą ogólną. Otóż polecałem nabożeństwa z Ojcem Bashoboro jako „odtrutkę” na zamulenie, które pozostawia w sercu lektura np.„Tygodnika Powszechnego”, bo na dłuższą metę jego czytanie staje się męczące, jakby człowiek najzwyczajniej w świecie mieszał powoli i długo flaki z olejem. I nie chodzi o jego polityczne orientacje, jakże bardzo tożsame z orientacjami Wyborczej, ale o sprawę prezentowania materii wiary. Jednak przeciwna mu stylistyka mówienia o niej, taka bardzo charyzmatyczna, emocjonalna, uproszczona, którą często prezentują członkowie Odnowy w Duchu Świętym wydaje się też nieodpowiednia zbytnio w wieku XXI (jak wspomniałem - wyłączam jednak od tych zarzutów ojca Bashoboro). Mówiąc językiem kościelnej nowomowy „znakiem czasu” wydaje się dzisiaj to, aby utworzyć dyskurs, który połączyłby intelektualizm z charyzmatycznością, fides et ratio, łaskę z naturą, delikatność i radykalność, indywidualizm i wspólnotowość, głęboką (na granicy kontemplacji) duchowość z zaangażowaniem w świat (aczkolwiek jak najbardziej kompetentnym)…

Zapewne w tym natolińskim kościele nie wszystkie krzyże z barków wszystkich zostały zdjęte, ale ci, którym je odjęto, będą przede wszystkim dowodem na ostateczne królowanie tego, który dał swoje życie na Okup „za wielu”, a mając taką świadomość o wiele lżej biega się już po labiryncie tego świata…choć przecież obiektywnie rzecz biorąc, opór wielu trudności zewnętrznych wcale nie staje się mniejszy.

 

 

 

 

 

 

 

 
 

O autorze: zalogowany w korporacji The Roman Catholic Church, tropiący człowieka zwanego Mesjaszem, w stanach nagłych "łowca androidów"... ; mail: pozamatrixem.pl@gmail.com; Laureat nagrody Feniks 2011 w kategorii publicystyka religijna za książkę:"Ksiądz Jerzy Popiełuszko. Spotkania po latach.Wywiady." Cały blog „źródłowy“ - pod linkiem: www.pozamatrixem.pl strona na facebook.com: Poza Matrixem

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (12)

Inne tematy w dziale Kultura