artur olędzki artur olędzki
82
BLOG

Script Festival - relacja

artur olędzki artur olędzki Kultura Obserwuj notkę 4

 

 

To jest wpis archiwalny. Aby dotrzeć do wpisu najnowszego, kliknij na tytuł: poza matrixem

 

 

Nie tak dawno, podczas jednego z wiosennych weekendów tego roku, dwie ekipy filmowe krzątały się na Krakowskim Przedmieście w jednym czasie, zamykając w swoistym potrzasku przechodniów spacerujących sobie wtedy po warszawskim trakcie. U jego początku, koło pomnika Kopernika przy Pałacu PAN-u, pracował zespół tworzący serial wojenny o roboczej nazwie „Cichociemni” (poświęcony przerzucanym potajemnie z Anglii do Polski żołnierzom), na jego końcu, znaczy się na Placu Królewskim, kręcono sceny manifestacji antykomunistycznej na potrzeby „superprodukcji” „Popiełuszko” (jak sama nazwa wskazuje ma ona traktować o kapelanie Solidarności z Żoliborza). Należałem do grona wówczas spacerujących po Krakowskim Przedmieściu, tak zatem mogłem się przyjrzeć obu tym przejawom „polskiej sztuki filmowej”, no ale właśnie –  czy i na ile sztuki…? I nie chodzi o to, że „kino polskie” to było, ale o to czy, kino dzisiaj  (szczególnie to „telewizyjne”) można obdarzać jeszcze tak godną nazwą  Bo gdy nakładałem swoje staroświeckie pojęcia i wyobrażenia co do materii sztuki na to, czego byłem świadkiem, trudno... było mi to określić w jakikolwiek sposób sztuką . Bo ona nadal kojarzy mi się z dokładnością, przemyślanym, dopieszczonym, przeprowadzonym do końca zamysłem twórcy. Tymczasem obraz, jaki widziałem, był bardziej pomieszany z przypadkiem niż z artystyczną logiką, twórczym konceptem. Tak, wiem, od czasu, gdy pewien Duchamp do godności dzieła wystawowego podniósł całkiem zgrabny klozet, moje zastrzeżenia brzmią nieco śmiesznie. Ale nic na to nie poradzę -  niezależnie od wszelakich ujęć teoretycznych - myśl moja i wyobraźnia podążają do zacienionych pracowni Caravaggia, Rembrandta, El Greco, u których pasja, niecierpliwość, benedyktyńska precyzja stapiały się w jedno. Tymczasem na wspomnianych planach filmowych ani pasji, ani precyzji nie widziałem. I czy wszystkie moje "ale" da się usprawiedliwić scenami masowymi…?

Stałem sobie zatem przy pomniku Kopernika, którego cokół obsiedli, jak wrony drzewo w zimę, statyści przebrani w stroje z epoki wojennej o zgrzebnych kolorach. Na ulicy ustawiano kolumnę samochodów wyniesionych z muzeum, które obsługuje ponoć wszystkie produkcje wojenne w Polsce. Nie wiem, czy to asystenci reżysera, czy też kierownika produkcji biegali szybko po planie, przyglądając się stojącym, siedzącym statystom. Gdy któryś się im spodobał, gestem ręki i słowem zapraszali „aktora” na chodniczek. Jak na ironię w swoim przebiegu procedura ta przypominała najgorsze sytuacje wojenne, łapankę czy też selekcje obozową… z tą jednak różnicą, że tu wybrani szli dalej z uśmiechem na twarzy. A jednak przez swą przypadkowość procedura ta była właśnie do koszmarów wojennych podobna bardzo, bo młodzieńcy-asystenci kierowali się niezrozumiałymi kryteriami doboru; w żaden sposób jakiejś logicznej całości nie tworzącymi.

Zresztą, ze złożeniem obrazu filmowego w pożądaną całość męczyli się również twórcy „Popiełuszki”. Bo tłum, trzeba to przyznać - fachowo przybrany w ubranka z epoki „kolorowego” socjalizmu, wylegając z Piwnej na Plac Zamkowy ku „uzbrojonym” oddziałom ZOMO, jakoś tak mało przypominał ludzi zdesperowanych, gotowych na ofiarę, a bardziej kojarzyć się raczył z publiką komunistycznego Opener’a. Stąd też nie dziwiły częste pokrzykiwania wydobywające się z reżyserskiego megafonu: „Panowie, poważniej, tragiczniej, proszę !!! To jest sytuacja zagrożenia, wyobraźcie sobie, że  za chwilę stracić życie możecie, z werwą proszę…!!!” No to sobie wyobrażali i… się śmiali, zresztą zomowcy też jakoś tak nienawiścią nie pałali. Szczerze mówiąc, z zaistniałej sytuacji obie strony wydawały się mieć a lot of fun, i już nie doczekałem momentu, kiedy przemieniły się w pałających żądzą odwetu przeciwników.

Pierwszy trailer „Popiełuszki”, jaki widziałem, nieco potwierdził moje wcześniej zgłaszane obiekcje, bo firmowały go reklamowe hasła, które wiązałbym raczej z promocją wycieczkowego masowca niż dzieła sztuki. Dowiedziałem się, że produkcja ta jest wyjątkowa dzięki liczbie statystów czy też dni spędzanych na planie (same zaś hasłapodawano na „bogojczyźnianych”, martyrologicznych migawkach). „Ależ mnie te polskie filmy przytłaczają” – dało się słyszeć w ciemni kinowej westchnienie młodej kobiety. Nie wiedziałem zanadto, co właściwie panią w moim wieku przytłacza. Owe dane statystyczne czy też atmosfera migawek? I czy inaczej by westchnęła, gdyby nie siedziała przed projekcją komediowego hitu (Jeszcze dalej niż Północ), który we Francji miał 20 milionową frekwencję. Czego od kina polskiego oczekiwała? Sztuki, rozrywki, prawdy, fotografii współczesności…a może tylko melodramatu a la Łepkowska?

                                              * * *

Pytanie powróciło jak bumerang w trakcie Script Festivalu organizowanego przy lipcowym Lato Filmów. Przekładając na polski niedokładnie, nazwa ta odnosi się do pierwszej na tak dużą skalę imprezy poświęconej sprawom scenariusza filmowego, która łączyła w sobie panele dyskusyjne, wykłady, warsztaty filmowe, gromadząc na jednej sali wielu ludzi głowiących się nad tym, jak napisać film; w przeważającej mierze byli oni młodzi (jak to się fachowo określa – jeszcze „przed pierwszym debiutem kinowym”). Piszący te słowa skorzystał z okazji, że była to impreza otwarta, więc znalazł się na niej z racji czystej ciekawości, za którą majaczy kilka pomysłów filmowych, o jakich myśli on nieśmiało, do tego stopnia jednak, że odważył się całej sprawie konstruowania obrazu kinowego u jego początku nieco lepiej się przyjrzeć…

Rzecz charakterystyczna: wykładowcy z Polski w przeważającej mierze skupili się nie na sprawach warsztatowych, a na utyskiwaniu, że scenopisarstwo to pieska profesja, bo nie dość, że człowiek napisze projekt, za który wcale tak dużo nie zapłacą, to jeszcze totalnie mu go przerobią, czyniąc przykładowo z opowieści kryminalnej „operę o dwóch  śpiewających gąbkach”. Scenarzysta to jedynie robotnik wynajdujący „blok skalny”, z którego arcydzieło może dopiero wyciosać – jak Michał Anioł – reżyser, tym bardziej jeśli będzie scenarzystą, reżyserem, montażystą i producentem zarazem (co jednak przecież jest połączeniem unikalnym).  Paneliści często utyskiwali oczywiście na schematyzm konstrukcyjny polskich scenariuszy, ich tematyczną powtarzalność. Spod ich uwag, tez, opowieści, propozycji dało się coraz bardziej wyczuć żal, przyznajmy – żal nieco pasee,  artysty romantyczno-modernistycznego, którego „ja” już na dobre zostało pozbawione szansy na boską kreację własnego świata przedstawionego w filmie; poddanego teraz o wiele gorszej, niż cenzura polityczna, opresji marketingowej. Pomyśleć by wręcz można, że za Gierka to był dopiero raj …. Częstym motywem opowieści doświadczonych „kolegów” była trauma psychiczna, odrzucenie jako konieczne „paliwo” dla natchnień. „Jedz swoją depresję, żyw się swoimi lękami” – powtarzał pewien twórca, obecnie parający się produkcją popularnego sitcomu. Choć dla sprawiedliwości trzeba dodać, że Andrzej Mularczyk i Państwo Krauze wskazywali zarazem, że trzeba mieć przy tym ucho przystawione do życia.   

     Dla polskich „specjalistów” jeszcze jedno było częste  – maniera „intelektualizowania” wypowiedzi. Z grubsza rzecz biorąc, polega ona pełnym jąkania się, powolnym wydobywaniu „głębokiej” treści (samej w sobie jednak już nie tak głębokiej), której wymowę próbuje się wzmocnić poprzez znaczącą gestykulację…Tak zatem gdy mówisz „ę…ą….. no wiecie….ę…ą… Państwo” i palcem wskazującym podpierasz sobie podbródek, już na starcie powinieneś zdobyć posłuch należny „intelektualiście”.

                                             * * *

Kontrapunktem dla tych utyskiwań po polsku był wykład Jamesa Ragana, współscenarzysty kultowego i oscarowego Łowcy Jeleni, poety, dramaturga, który w Hollywood jest personą znaczącą. Ragan przeszedł od razu do rzeczy, rozkładając na czynniki pierwsze konstrukcję dramaturgiczną filmu, biorącą początek z koncepcji Arystotelesa. Tak zatem poprawnie zbudowany film ma swoje rozpoczęcie, rozwinięcie, zakończenie,  konflikty (jawny i ukryty), punkty zwrotne a wreszcie i kulminację, etc. Bez pardonu oświadczył, że oni tam w Stanach czytają scenariusz do… 10 strony, co przekłada się na około 10 minut filmu, i jeśli nie ma do tego czasu jasno określonej sytuacji zawodowej, osobistej głównego bohatera, a też i decydującego konfliktu, to oni po prostu… wyrzucają taki materiał do kosza. Brutalne? Okrutnie schematyczne? Ragan próbował przekonywać, że gdy zabrakło schematu konstrukcyjnego w komediach romantycznych ostatnich lat, zaczęły się one przemieniać w ciąg niezbyt dobrze przystających do siebie gagów. Konstrukcja jest dobra, trzeba tylko ją zastosować niebanalnie, wtłaczając w nią materiał wyjątkowy, a już najlepiej jakby się do niej odnosić tak, żeby kinoman tego nie zauważył – zdawał się przekonywać pośrednio Ragan. Reguły panujące w "materialistycznym" światku filmowym chyba akceptuje, bo pogodził się z prawdą, że scenariusz, to nie jest dzieło jednego „geniusza” przyjmowane bez poprawek. Zaznaczył, że jedynie przy własnych projektach oryginalnych ( w przeciwieństwie do adaptacji) zmiany nanoszone przez kogoś innego…”bolą”. Ale z jego subtelnie roześmianej twarzy nie dało się wyczuć jakiejś… traumy z powodu takiego stanu rzeczy. Może swoje twórcze „ja” ów starszy pan, noszący się po sportowemu, spełnia w poezji totalnie, a obszar sensu życia wyznaczają mu nie laury, poklask krytyków, a ta obrączka na palcu widoczna ? A  Hollywood? Płaci scenarzyście sowicie, zapewnia najlepsza opiekę medyczną i na dodatek to jego, a nie reżysera, uznaje ostatecznie za autora filmu. W sumie chyba warto „sprzedać” za taką cenę duszę Hollywood…

Na ziemię jeszcze bardziej sprowadził młodych scenarzystów brytyjski producent obrazu nagrodzonego niedawno Oskarem w kategorii „najlepszy film nieanglojęzyczny” (producent mający korzenie polskie, odnajdujący się w naszym języku ojczystym, choć mówiący o Polakach „Wy”). Rozpoczął swoje spostrzeżenia od „brutalnego” pytania: kto z Was żyje z pisania filmów wyłącznie? Nikt ręki nie podniósł…Swoje wystąpienie poświęcił tworzeniu i marketingowi produkcji spod znaku mainstream art films (kino artystyczne głównego nurtu); to coś jakby „kino środka” między komercyjnymi blockbusterami, a dziełami „artystycznymi” produkowanymi prawie wyłącznie na potrzeby festiwalowe. Kto oglądał Królową, Az poleje się krew, Życie na podsłuchu, Motyl i skafander wie, o czym mówię… Wykład jego traktował zatem o filmach mających ambicje pokazywać rzeczy ważkie, niebanalne, ale już w formie jak najbardziej współczesnej, znaczonej przykładowo szybkim montażem i krótszymi (niż to ma w zwyczaju kino radzieckie) ujęciami. Spojrzenie producenta na materię filmową to lekcja twardej i okrutnej szkoły życia dla „artystycznej duszy”, bo uświadamia on bolesną prawdę, że jeśli scenarzysta nie zastosuje się do wymaganych przez rynek reguł, to będzie mógł pisać sobie a muzom wyłącznie. Tak, tak, jeśli ktoś marzy o sukcesie komercyjnym, pełnych salach kinowych na całym świecie i mirze artysty jedynego w swoim rodzaju, pieszczonym przez krytyków, marzy praktycznie o niemożliwym. Jako że ja o czymś takim nie śnię, słuchałem dalej (zresztą, muszę przyznać, że takie Życie na podsłuchu dostarcza przemyśleń więcej niż niejedno "artystyczne", wychwalane w niebogłosy przez krytyczną bohemę, dziełko non commercial). Tak zatem dowiedziałem się, że producent ogląda filmy już nie do 10 minuty, ale…do trzeciej. I jak się nudzi, to po prostu wychodzi z sali. Że filmy, o których wykładał, powinny nie epatować cynizmem, seksem i przemocą, bo przede wszystkim mają się podobać kobietom (a one tego nie lubią). Taka strategia artystyczna motywowana jest tym, że dzisiaj o kupnie biletu decydują głównie panie, dobierające repertuar nawet dla swego swego mężczyzny. A jeśli  wybiera nie kobieta, a facet, to jest to raczej gej wybierający też dla swego „mężczyzny”. Powszechny szmer wzbudziły słowa o tym, że blockbustery wypuszcza się na rynek w setkach kopii po to tylko, aby przez weekend otwarcia dały zarobić wielkim studiom, zanim w świat pójdzie wieść, ze wypuściły chałę. Zdziwienie wzbudził również fakt, że jedynie 50-60 osób ogółem decyduje o tym, co puszcza się w salach kinowych na całym świecie…Producent uspokajał jednak, żeby nie podejrzewać w tak małej liczbie jakiś spiskowych powiązań, bo ci ludzie naprawdę szukają ciekawych tematów, aby zarobić. Czyżby…?

     Po wykładzie podszedłem doń i w gwarze kuluarowych rozmów spytałem się go, czy film traktujący o katolicyzmie (no bo o czym innym może myśleć fincher), ale od strony duchowości „osadzonej”  w realiach w wielkiego miasta, miałby szanse na realizację. Pocmokał, pokręcił głową, że raczej nie, że taki temat jest „niechodliwy”. Ale owszem – zaznaczył – my jako kraj katolicki, religijny jesteśmy wyjątkowi i powinniśmy to wykorzystać, robiąc przykładowo filmy…o miłości, bo cóż jest piękniejszego od miłości…Pytam się zatem, czy widział Wielką Ciszę (bo po głowie chodzi mi taki dosyć „wybuchowy mix”  tego filmu, Siedem Finchera i brazylijskiego Miasta Boga) „Into Great Silence? Tak, tak widziałem, wspaniały film. Tak, tak ludzie potrzebują dzisiaj duchowości. Ale te polskie filmy religijne na ostatnim festiwalu w Gdyni? Jakieś straszne takie, myślałem że wiarę stracę…” . „Tak zatem potrzebują filmu o duchowości, ale…ale…. bez słowa…Chrystus?" – wykrztusiłem z siebie. „No tak, no tak, to trzeba by było wyciąć. Mój film robił jeden człowiek, który stracił wiarę, inny który się wahał. I co? Wycięliśmy zdjęcia z katedry, nie było słowa o religii, a i tak wyszedł materiał chrześcijański w swym przesłaniu....”***

No proszę, są zatem jednak dzisiaj tematy tabu. Dziwny i okaleczony to świat filmowy, kiedy najważniejsze, najgłębsze dramaty ludzkie nie mogą być zderzone jawnie z Ewangelią.  Wystarczy wspomnieć Misję Joffe’a, aby przekonać się, że takie zderzenie nie przynosi li tylko dewocyjnych, kinowych oleodruków. Druga Misjajako mainstream art film już by dzisiaj raczej nie powstała, wspomnijmy zatem pierwszą, przynajmniej poprzez trailer…

 THE MISSION (TRAILER): http://pl.youtube.com/watch?v=PvWaD-NErlY 


 ***Rozmowa przytaczana niedokładnie jako że toczyła się  w gwarze i  szybko. Trzeba przyznać, ze sama w sobie nasuwa wspomnienie problemu Antychrysta, którego proroczo zapowiadał rosyjski myśliciel Sołowiow; więcej w artykule z Gościa Niedzielnego pod linkiem: http://goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1204719696&dzi=1104785534&katg=

 

 

 

 
 
 
 

O autorze: zalogowany w korporacji The Roman Catholic Church, tropiący człowieka zwanego Mesjaszem, w stanach nagłych "łowca androidów"... ; mail: pozamatrixem.pl@gmail.com; Laureat nagrody Feniks 2011 w kategorii publicystyka religijna za książkę:"Ksiądz Jerzy Popiełuszko. Spotkania po latach.Wywiady." Cały blog „źródłowy“ - pod linkiem: www.pozamatrixem.pl strona na facebook.com: Poza Matrixem

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (4)

Inne tematy w dziale Kultura