To jest wpis archiwalny. Aby dotrzeć do wpisu najnowszego, kliknij na tytuł: poza matrixem
Kiedyś pewien biskup narzekał, jakie to w tym radio Maryja „treści”, niegodne rozgłośni katolickiej, są prezentowane. Słysząc to, nieco się uśmiałem, wspomniawszy, jakie to „treści” w jego „nowoczesnym radio katolickim” są słyszalne. Owszem bywało w nim niby łagodnie, niby przyjemnie, niby bez agresji, ale jak człowiek w słuchał się w muzykę tego medium, w to bezkrytyczne kupowanie gwiazd showbizneusu, popkultury, to jakoś tak mało „katolickie zdawało” mu się owo radio. Ale właściwie czego się czepiam? Muzyka to muzyka, niech sobie gra… i tyle, i tylko tyle. Sęk w tym, że podejście do muzyki w medium mającym ambicje być „katolickim” (z nazwy albo i „z ducha”) nie jest bez znaczenia, więcej – w gruncie rzeczy jest wypadkową podejścia ludzi go tworzących do theatrum mundi, manifestacją stosunku do innych, nieraz bardzo innych. A generalnie podejść do dźwięków wszelakich da się na dwa sposoby – na bardzo poważny i mało poważny. Ten ostatni ziścił w programach takich stacji jak Vox Fm czy Plus, których nadrzędnym formatem muzycznym było niegłośne, nie ostre, soft granie. Dzięki temu słuchacz dostawał akustyczną papkę przebojów na modłę Madonny, Lionelela Richie i tym podobnych. Dołóżmy do tego banalno-słodkie (a raczej słodzikowate) komentarze prezenterów, a otrzymamy narrację dogłębnie a-katolicką, bo gotowanie radiowo-myzycznego budyniu niby umilającego rzeczywistość przeczy jak najbardziej prawdzie o świecie, blokuje pokazanie jej w przebiegu jak najbardziej dramatycznym. Państwo sobie wyobrażają audycję o prostytucji przetykaną przykładowo hitami Denisa Rousesa. Tego nie trzeba sobie wyobrażać, takie kwiatki da się tam usłyszeć. Nic w dziwnego, że na różnych poziomach przekazu spece radiowi tną w takich mediach obraz przedstawiony po końcach, aby nie pokazać extremum, aby wyświetlić uszom słuchaczy sam spokojniutki, uładzony środeczek. Noooo… wtedy wygodniej sobie nucić przed mikrofonem „la,la,la mamy lato, la, la, la, grillujemy sobie la,la,la…”, idzie zima, a oni dalej „la, la, la, grillujemy sobie, la, la, la” (w przenośni, choć i czasem dosłownie). Tylko że opowieści ewangeliczne są nieraz boleśnie ekstremalne, dlatego tak mało o nich we wspomnianych stacjach.
Przeciwny sposób podejścia do muzyki (ten „na poważnie”, który gra, grało np.warszawskie Radio Józef) też nie wydaje się zanadto dopracowany, a i odpowiedni w dzisiejszych czasach, w dzisiejszej kulturze. Stołeczna rozgłośnia katolicka przeszła taki etap, w którym zaczęła puszczać jedynie „muzykę chrześcijańską” pod hasłem „tylko chrześcijańskie granie” (tę zagraniczną, w przeważającej mierze amerykańską, i tę polską). „Katoliccy marketingowcy” ukuli zapewne taki slogan, aby wyróżnić się przez to na zatłoczonym rynku stołecznym. Wielu słuchaczy muzyki zagranicznej nie mogło jednak strawić z racji niezrozumiałych tekstów (które bez wyraźnie wyśpiewanego imienia „Jezus” stawały się dla nich zupełnie hermetyczne), a także z racji popowo-papkowatej, manierycznej aranżacji muzycznej. Polska muzyka chrześcijańska tonęła z kolei w miło-banalnych tekstach religijnych, które pobudzały odbiorcę raczej do aktu apostazji przez dramatyczne, pełne patosu otwarcie sobie żył w kuchni, niż do pogłębienia wiary…Jak wiem, obecnie Radio Józef rygor muzycznej ortodoksji nieco rozluźniło, i po godzinie piętnastej, kiedy przejmuje częstotliwość po Radio Plus(co samo w sobie na rynku polskim jest niespotykaną hybrydą programową) puszcza kompozycje nie tylko „spod znaku krzyża”. Największy problem tkwi jednak w tym, że nie dopracowano się bardziej przejrzystych a i teoretycznych reguł, wedle których prezentuje się muzykę w medium katolickim, czemu autor słów poniższych spróbuje niejako zaradzić (wow…!!!).
Otóż, jak wspomniałem, to jak i jaką muzykę się prezentuje jest w dalszej mierze odbiciem filozofii podejścia do świata. Bo stykając się z rozgłośniami komercyjnymi, człowiek już raczej wie, że o nic więcej im nie chodzi, jeno o kasę, ale słuchając w rozgłośni grania spod znaku „muzyka chrześcijańska”, często sobie zadaje pytanie, co jest, a co już nie jest „muzyką chrześcijańską”. Czy nazywając jednych twórców chrześcijańskimi, nie implikujemy osądu, swoistego odrzucenia, potępienia wobec nieobdarzonych taką nazwą...? Czy „kawałek” muzyczny, w którym śpiewa się o Bogu jest o wiele bardziej chrześcijański a priori od takiego, w którym się o Nim milczy; zwłaszcza, kiedy to ten drugi otwiera nam oczy na coś, na co wiele „kawałków chrześcijańskich” oczu nam by nie otworzyło? Może i niebezpiecznie zbliżam się do Rahnerowskiej koncepcji „anonimowego chrześcijaństwa”, które w Kościele duże spustoszenie poczyniło, pod znakiem zapytania stawiając konieczność misji czy życia sakramentalnego? Ale takie pytania racje bytu by miały, gdybym opowiadał się za tym, żeby na antenie skasować w ogóle muzykę o relacji z Bogiem. A ja za czymś takim nie tęsknię, o czymś takim nie marzę. Jednak zgłaszam zarazem votum separatum wobec tego, aby zapełniać antenę tylko produkcjami „chrześcijańskimi” . To, o czym piszę, określam (wiem, wiem nieco niezgrabnie) jako „muzykę w stronę…Ewangelii”, wyłuskiwaną, wyszukiwaną wedle klasycznej triady Piękna, Dobra, Prawdy, triady zapowiadającej, a nieraz i spełniającej Obecność Boga-Człowieka, wybrzmiałej czasem w pozycjach bardzo głośnych, a-melodyjnych, przeciwnych pasterskim fletniom a la Radio Maryja. A wtedy utwory, gdzie bezpośrednio śpiewający się do Niego odnosi, prezentowane od czasu do czasu na antenie, nie byłyby żadnym estetycznym, etycznym zgrzytem, ale jedynie przedłużeniem kompozycji puszczanych wcześniej.
Tak to tworzyłoby się spójny jeden przekaz, tak to antenę owego „katolickiego radia marzeń” ustrzegłoby się przed zamurowaniem w religijno-świętoszkowatym getcie. A co najważniejsze takie traktowanie materii muzycznej komunikowałoby wszem i wobec nasze odczytanie świata i ludzi. Z tego też względu konfesyjne podejście do muzyków miałoby znaczenie drugorzędne, bo w sumie szukając owego Piękna, Dobra i Prawdy, spotyka się je przecież w twórczości ludzi mało kojarzonych z katolicyzmem, a niekiedy się z nim spierających. Tak zatem - puszczać by należało SineadO’ Connor, która wsławiła się niegodne rozdarciem zdjęcia papieża (za co zresztą ponoć potem przepraszała)? Może i byłaby to decyzja skrajna dla niektórych, ale ja bym puścił, dowodząc przez to wiary, że nie cała Sinead "straszna i zła". Puściłbym i niektóre fragmenty Joplin Janis, Oasis, a nawet i Queen i innych „diabłów”. Niektórzy mogliby się zgorszyć: że jak to, takich bezbożników? Jeżeli jednak zejdziemy na poziom osądzania grzeszności/świętości innych, zawsze będziemy miotać się w skrupułach, czy aby „grzesznika” za wielkiego nie promujemy. Natomiast, gdy zjedziemy na poziom tekstu kultury (spełniającym się dzisiaj i w piosence, i w teledyskach), który muzyk ten produkuje, od takich skrupułów się uwolnimy, a prezentując jego „dobrą” twórczość damy dowód w sumie przekonaniu, ze bliżej jest Boga niż to jemu samemu się zdaje (ostatecznie zaś o tę „złą twórczość” można go bezpośrednio spytac). Tak, tak…takie selektywne prezentowanie, „promowanie” „grzeszników” to, na głębszym poziomie rzecz rozważając, ewangeliczne szukanie, ocalanie tych, którzy poginęli, a którzy w sercu (tu nawiążę znowu do obrazu z Testamentu Nowego) mają „ziarna” zmieszane z „plewami”; i trzeba jedynie nieco wysiłku, aby te „ziarna” wyszukać, wyłuskać, i trzeba jedynie uważać wtedy, aby nie popaść przy tym w naiwny optymizm tragizm życia znoszący…
P.S.W sumie jednak nie wiem, czy ten mini-esej był potrzebny, bo układając taką ramówkę muzyczną radia marzeń nie chodzi o to, aby kazuistycznie latać z linijką po tekstach, po muzykach i co do milimetra mierzyć, czy to aby chrześcijańskie czy nie chrześcijańskie? Bo tu tak naprawdę chodzi o Życie, żeby takie medium było jego przekaźnikiem. A czasem da się bardziej wyczuć intuicją niż jasno określić, gdzie to Życie pulsuje. Tak zatem Państwo pozwolą, ale nie będę tłumaczył się dogłębnie, czemu to ja w zadymionych erotyką klubach Diany Krall, czy też zasiarczonych tunelach Prodigy nie zostaje. W następnym za to wpisie „kolega-mądrala” spróbuje przedstawić swoje propozycje na jeden kwadrans antenowego czasu, zobaczymy na co go stać.



Komentarze
Pokaż komentarze (1)