To jest wpis archiwalny. Aby dotrzeć do wpisu najnowszego, kliknij na tytuł: poza matrixem
To był ciepły, parny, wiosenny, dzień. Bruno pomyślał, że gdy trafia mu się wolne piątkowe popołudnie, winien je spędzić jakoś tak...refleksyjnie, bo było ono przecież popołudniem właśnie piątkowym, które próbował celebrować zawsze nieco inaczej, pamiętając, że nad tym ostatnim dniem tygodnia roboczego rozpościera się cień Krzyża... Czuł się przez to nieco elitarnie, bo wiedział, że wielu ludzi jak on podobnie myślących w stolicy jest raczej...niewielu. Bo wiadomo, że w piątkowy wieczór Warszawa (szczególnie ta młoda, wykształcona, do której przecież zaliczał się i Bruno), spuszczona z roboczego łańcucha, rusza gromadnie w trasę po pubach, klubach, mega-dyskotekach, zatracając się w transie piątkowego, całorocznego karnawału. Przeczytał jednak, że u dominikanów na Służewiu odbywa się wieczór poświęcony Pierre Georgio Frassatiemu, którego główną bohaterką miała być siostrzenica samego świętego, a zatem stwierdził, że będzie miał okazje posłuchać niejako z pierwszej ręki o nim i zdecydować, czy będzie chciał być taki święty (niejako na przekór przekonaniu „nie bądź taki świety..." utrwalonemu w „katolickim, polskim narodzie"). A Frassati to okaz, inna sprawa czy rzadki, człowieka pobożnego, a przy tym życie pełną piersią wciągającego, no i - mówiąc językiem dzisiejszej mody - niezwykle ..."seksownego". Bruno był ciekaw, kiedy mu się ten święty spodoba, a kiedy go wkurzy, bo zazwyczaj jego relacje ze świętymi bywają niezwykle dynamiczne. Tak np. z Jose Escrivą de Balaguer, założycielem „złowrogiego" Opus Dei, pozostaje w związku nieco skomplikowanyn, albo inaczej: wiele wskazuje na to, że łączy ich „szorstka przyjaźń". Bo Escriva nieraz Bruno doprowadza do białej gorączki swoim "nieludzkim radykalizmem", życiem bez półcieni, a jednak regularnie powraca do jego pism w sieci.
Trasa dojazdu wydala mu się niezwykle prosta: metro na Wilsona, a potem wysiadka na Służewiu, kwadrans piechotą i jest na miejscu. Jadąc rozklekotanym składem rosyjskiej kolei, na wysokości stacji Centrum, pomyślał jednak, że mimo wszystko generalnie istnienie przechyla mu się zanadto w stronę postu, a był to przecież okres powielkanocny, tak zatem winien joie de livre smakować na całego..."Następnym razem trzeba będzie z „Sępem" (najbliższym kumplem) sobie nieco pohałasować w sali bilardowej..." - pomyślał
Już wyszedł z metra, już miał iść prosto do dominikanów, kiedy nagle, całkiem niespodziewanie wstrząsnął nim dreszcz nałogu i wiedział, że nie da już rady przejść dalej nawet kilkuset metrów, jeśli go nie ugasi...Jak dawał mu się we znaki...? Przez wysuszone gardło i niepokój powoli, metodycznie spinający całe ciało...Typowy syndrom odstawienia alkoholowego, tylko że u Bruno ujawniał się on jedynie wtedy, kiedy nie wychylił co najmniej dwóch kaw dziennie...Bo alkoholu nie tykał on za często. I to nie dlatego że „był taki święty", że podpisał jakieś „świątobliwe", dożywotnie zobowiązanie, że juz nigdy więcej wódy, co „naród polski trawi i niszczy" nie weźmie do ust. Po prostu - w duchu wiedział, że jeśli chodzi o alkohol, to jest w głębi duszy tranwestytą, że jak kobieta (i to czasów dawnych, bo ta współczesna też już pod tę regułę całkiem nie podpada) lubi delikatne, słodkie odcienie smaków. Mordęgą dla niego zawsze były wszelkie suto zakrapiane „męskie imprezy", na których „wóda" i „browar" lały się strumieniami, i cały egzamin na męskość polegał na tym, aby w tym strumieniu się po prostu nie utopić...znaczy wyjść z niego na nogach dwóch, a nie czterech łapach...
* * *
Obejrzał się wokół siebie, zauważając nieopodal średniej wielkości centrum handlowe. Wszedł doń w nadziei ugaszenia pragnienia i jak pies gończy, po feromonach zapachów doszedł do...pierogarni. Tak, tak, do pierogarni , też się zdziwił, że w knajpie tej, serwującej polskie jadło, znalazł w menu kawę...z dalekiej Etiopii, najdelikatniejszą i najpyszniejszą, jaką kiedykolwiek udało się mu w życiu smakować. Zasiadł za stołem, chwilę popatrzył na rustykalny, z drewna wyrobiony, wystrój pierogarni, któremu coraz pożądają spragnieni wiejskiego spokoju, zamożni inteligenci z wielkich miast, wciśnięty w blaszane centrum. Pogładził rękoma stół pokryty świeżo wykrochmalonym obrusem, po czym skinął delikatnie na Dziewczę w stroju ludowym. Dziewczę się nieco zdziwiło, że nie chce żadnych pierożków z „fantazyjnym farszem", jeno tęskni za filiżanką „zwykłej" (w jej mniemaniu) kawy. Ale uprzejmie się skłaniając, poszło realizować jego chore „fantazję". Oczekując na powrót kelnereczki, zauważył, że nieco - chyba - kciuk prawej ręki mu się zaczyna trząść. Pomyślał, że nie jest dobrze, że jeśli te drgania z nałogu jego są zrodzone, to sprawy przybrały naprawdę zły obrót...
Zasępiwszy się nieco, pomyślał, co też by było, gdyby tak jego przystojna dusza pośmiertnie z ciała wyleciała, przebiła się przez wszelkie możliwe stratosfery, stanęła wreszcie na wyżynach niebieskich, oczekując wpuszczenia do Królestwa Wiecznego. Jeśliby wstępu do niego bronił Piotr zwany Kefasem, z wykształcenia rybak, to nie byłoby duszy Bruno do śmiechu, oj, nie byłoby. Już widział, jak ten słusznej budowy mężczyzna, bo przecież cherlak by tych galilejskich ryb wiele nie nawyciągał, o kruczych - i to mimo wieku - włosach, patrzy się długo i uważnie na duszę Bruno. Ona, nieco zmieszana, swoimi oczami, nieco już tak pośmiertnie rozmarzonymi, też spojrzenie mu odwzajemnia. Tak zatem przyglądają się sobie w napięciu niebieskim, aż wreszcie Piotr, przejmując inicjatywę, przybliża się, nachylając się nieco, bo sylwetą nad duszą Bruno znacznie górował, i w milczeniu, długo, natarczywie, wręcz irytująco, już bezwstydnie się duszy Bruno dalej przygląda ... Wreszcie po tej znaczącej pauzie, która duszę Bruno już całkiem zdekompensowała rzecze do niej:
- Brunoooo...
- Coooo...? - odrzekła z cichą trwogą dusza.
Piotr się jeszcze bardziej przybliżył, po czym powoli i po cichu wyrzekł...
- Kaaawaaa...
Po tych słowach jakaś zapadnia niebieska błyskawicznie pod Bruno się otwiera i już bez żadnej kontroli dusza Bruno z hukiem leci w dół. Nie wiadomo, ile to milisekund niebieskich i czy w ogóle niebieskich, bo przecież dysputy uczone wiodą teolodzy, czy tam w ogóle zegar cokolwiek wskazuje, tak leciała, aż nagle czuje, że się męczy, dusi niemiłosiernie w tęsknotę przy tym straszną popadając. Dusza Bruno na początku panikuje pod wpływem tak nagłej zmiany stanu, aż wreszcie, dochodzi do niej, co też się stało...
- Cholera!!! W Czyścu jestem... - wyszeptała w nagłej desperacji ...
Taaak, po tej wizji Bruno, zdał sobie sprawę, że folgując bez opamiętania swemu nałogowi, przyjdzie mu zapłacić za to...kiedyś....i to mimo wszelkich jego świątobliwych uczynków, o których zapewne ten Brodacz z Galilei jest szczegółowo informowany. Wszelkie jednak lęki eschatologiczne stopniały w nim jak wiosenny śnieg, kiedy zobaczył Dziewczępowracającą doń z fliliżanką kawy drogiej, niesionej przez nią na tacy dostojnie jak królewskie jabłko na koronacje, a w duszy Bruno grało skocznie: Kawa! Kawa! Kawa! A kąciki ust rozszerzyły mu się w cichym, ledwie widocznym, śmietankowym uśmiechu... C.D.N.
P.S. Powyższy obrazek prozatorski jest jakoś tylko z życia wzięty;



Komentarze
Pokaż komentarze (3)