To jest wpis archiwalny. Aby dotrzeć do wpisu najnowszego, kliknij na tytuł: poza matrixem
Sobotni wieczór w kinieAtlantic. Znajomi wybrali mnie jako kuriera po bilety. Tłoczyliśmy się w hollu wypełnionym po brzegi dziatwą studencką. Ale nie miała ona zamiaru iść na promowane osobą kardynała Dziwisza „Świadectwo", poświęcone zmarłemu papieżowi, jeno chciała się „pośmiać z jaj", jakie na ekranie wyrabiali bracia Cohen w Tajne przez poufne (co zdradziła pewna asertywna studentka dziennikarstwa). Przy kasie wykonałem na swój sposób egzystencjalną woltę: oto zamiast na braci Cohen poprosiłem jednak bilety na „Świadectwo", bo nagle w sercu poczułem, że „jako Polak, jako katolik", „mam obowiązek" czas swój i pieniądze wyłożyć na „to wybitne dzieło" (o czym przekonywało wiele nośników medialnych). Ile sobie znajomi potem na mnie poużywali, kiedy dowiedzieli się, jak to przed faktem dokonanym ich postawiłem - już nie opiszę, nadmienię tylko, że większość z nich miała miny, jakby kazano im odrobić pańszczyznę na polu nielubianego pana.s
Niestety intuicja ich niezawiodła. Przez półtorej godziny dane było mi się męczyć na filmowym, dokumentalno-fabularyzowanym, panegiryku zalanym sosem patetycznych, sentymentalnych smyczków, które stale przebijały do widza z ekranu; szantażując go moralnie „immanentną miłością" dla Jana Pawła. Osoba Michaela Yorka, niekatolika, wyrażającego mimo tego poza kadrem swoja gorącą atencję dla zmarłego, który w tym filmie występuję i jako narrator, i jako papież (choć w tej roli jest stale filmowany z dystansu), "dzieła" z cokołu nie zdejmuje, a tylko go na nim tam podtrzymuje. A wspierają to klasyczne, statyczne, nakręcone „po bożemu", kadry historycznych rekonstrukcji, w żaden sposób nieangażujące emocji oglądającego. "Świadectwo" „Polaka-katolika", średniozorientowanego w biografii papieża, wieloma faktami i ujęciami nie zaskoczy. Jeśli już w recenzjach filmowych przeczytał o drugim zamachu, popełnionym przez szaleńca-tradycjonalistę w Fatimie, rzeczy zupełnie nowych nie odkryje. Papież wychowany przez ojca-wojskowego, pracujący w kamieniołomach, walczący (jeszcze jako kardynał) o kościół w Nowej Hucie, dialogujący z Żydami, itd...- to już było, o tym już wiemy...Przed oczami widza film ten wyświetla oleodrukową laurkę papieża-ekumenisty, papieża-pielgrzyma kochanego przez świat cały. Obraz to bliski plakatom-słowom o papieżu uwielebiającym kremówki; tak samo jak one głęboki i tak samo odkrywczy w tłumaczeniu roli Jana Pawła dla świata całego. Nie da się ukryć, że w powieleniu tego zbanalizowanego obrazu ma swój udział kardynał Dziwisz, który jako współnarrator filmu nie zaskakuje - ani stylistyką, ani treścią swojej opowieści, chociaż broni się szczerym, ludzkim oddaniem dla przyjaciela, a zarazem przełożonego. Ja wiem, że biskup raczej nie jest generalnie od tego, aby zachwycać (choć w Polsce często wydaje się, że biskup musi każdego wiernego zachwycać zawsze i wszędzie), a recenzować biskupa wiernemu czasem po prostu nie wypada. Tylko, że w tym filmie, w tej roli kardynał Dziwisz podpada pod ocenę jako normalny współtwórca produkcji filmowej, z czego nie wywiązuje w sposób najbardziej oryginalny. Jeśliby ten film miał służyć jako promocja jego osoby - o czym szepczą złośliwi (bo trochę czasu mu rzeczywiście w filmie poświęcono) - trzeba ocenić sprawiedliwe, że byłaby to promocja średnioudana...
Dla kogo zatem i po co się takie filmy-biografie robi? Dla religijnego analfabety z Zachodu...? Czy dla nas, Polaków? Analfebecie taka produkcja przedstawi obraz papieża spłaszczony i nieprawdziwy, Polaka - jak pisałem powyżej - nie zaskoczy, chociaż z z młodzieżą gimnazjalną i licealną dzisiaj wszystko jest możliwe. Ale czy do filmu, który wyświetla nam jedynie abecadło o Janie Pawle potrzeba od razu watykańskiej pompy, by celebrowac jego premierę? Może lepiej porzucić ambicję zamykania biografii takiej postaci w formach dwugodzinnych, bo sprowadzają się one wtedy jedynie do powielania haseł, może lepiej skupić się w tym czasie na wybranym aspekcie jego postaci, przykładowo na życiu duchowym mistyka-papieża. Tu na szczęście taki wymiar zaznaczono, chociażby we wspomnieniu egzorcyzmów, jakie miał odmawiać papież nad młodą kobietą, niszczoną przez konwulsje nienawiści, ale tylko zaznaczono...
Jak zatem poznać wielkość, doniosłość bohatera, o którym traktuje taka produkcja. Poprzez to, że na końcu tego filmu...coś jednak chwyta za gardło...do czego nie chcieli się przyznać moi antyklerykalni znajomi. Kilka lat temu, niedługo po jego śmierci, kiedy kurz Żałoby Narodowej już opadł, doszło do mnie, tak całkiem prywatnie, w sposób jak najbardziej osobisty, że przyszło mi dorastać w cieniu....Giganta. Tak zatem Norwidowska obietnica-proroctwo, pisana dla Chopina, że smierć go nie zniszczy, nie zetrze, a jedynie "u-wydatni", sprawdziła się też i w odniesieu do Jana Pawła II. Paradoksalnie film ten potwierdził to moje odczucie. Bo jeśli czyjeś życie potrafi oglądającego dotknąć, mimo kiczu w jakim je uwięziono, to sztuka taka udaje się właśnie tylko gigantom historii i świata...



Komentarze
Pokaż komentarze