To jest wpis archiwalny. Aby dotrzeć do wpisu najnowszego, kliknij na tytuł: poza matrixem
Werner Herzog od razu ostrzega oglądających jego dokument a może bardziej „poemat filmowy”), że nie będzie fascynował się zastępami „puchatych pingwinów” (których urokom ulegli twórcy oscarowego filmu… Marsz Pingwinów). Owszem, jedzie na Antarktydę obserwować naturę, ale też i człowieka, a może przede wszystkim relację, jaka zawiązuje się między ludźmi, a pomnikową w swej masie przyrodą (nie boję się użyć tutaj słowa „relacja”, bo ludzie mieszkający w naukowej bazie-osadzie McMurdo mają stosunek do tego, co ich otacza, na tyle intensywny, na tyle osobisty, że można tak jak najbardziej mówić). A kamera Herzoga – jak przystało na poszukiwacza wszelakich skrajności, „prawd ekstatycznych” – wychwytuje osoby szczególnie naznaczone losem osobnym, nie przystające do powszechnych reguł społecznej gry, swoistych homo viator, gnanych niewyjaśnionym impulsem na opuszczone – czy przez Boga to się jeszcze okaże – krańce świata…
Tak zatem poznajemy krótki żywot spokojnej, na pierwszy rzut oka, informatyczki, która zanim wylądowała na Biegunie Południowym, uciekała przed maczetami Murzynów w obstawie pijanych, rosyjskich pilotów-najemników, zwiedziła pół świata w śmieciarce, i jakby tego było mało - przejechała z Denver do Nairobii skryta w wielkiej rurze kanalizacyjnej transportowanej przez trucka. Zapada w pamięć także filozof, operator wózka widłowego (bo też co ci humaniści mogą innego robić na Biegunie), który bez skrępowania opowiada teorię rodem z New Age, jak to oni tutaj wpisują się w marzenia Wszechświata. Wzrusza mechanik, emigrant-uciekinier z kraju byłego bloku komunistycznego, który więcej mówi o swoich lękach, motywacjach, rozkładając spakowany plecak, nieustannie przygotowany do drogi, niż by miał wymawiać płomienne elaboraty o potrzebie wolności.
Obok nich Herzog kadruje naukowców łączących w sobie dziecięcą naiwność, ciekawość i pasję Don Kichota z pełnym profesjonalizmem, nieraz wymagającym od nich prawdziwego męstwa. Ludzi odczuwających zachwyt i pokorę przed majestatem natury; rozpiętym między skalą mikro a makro, między głębią a wysokością. Bo zadziwia „inteligencja” morskiego jednokomórkowca budującego stopniowo swoją otoczkę i góra lodowa o powierzchni Stanu Teksas, bo niepokoi, a przy tym fascynuje, zimny błękit otchłani pod-lodowego morza (tej katedry a rebours), i niebo, co jarzy się nieustannym światłem przez pół roku… A wreszcie jest wyzwaniem dla rozumu ludzkiego ten pingwin, co to podąża samotnie, bezsensownie na pewną śmierć w głąb złowrogiego, lodowego interioru.
Powoli natura ogarnia jednostkę tajemnicami, budząc z uspienia bojaźń, gdyż uświadamia, że człowiek razem ze swoim grajdołkiem, zwanym cywilizacją, jest tylko pryszczem rosnącym na skorupie Matki Ziemi. Mogącym być w każdej chwili (według Wernera ona nieubłaganie się przybliża) zmiecionym z jej powierzchni jak dumne i harde królestwo dinozaurów… które ostało się jedynie w skamielinach; dzisiaj przez naukowców odgrzebywanych w różnych zakątkach globu. Wielkość, w czasie i przestrzeni, Antarktydy i małość człowieka, które wybrzmiewają we wszechobecnej ciszy, domagają się pośrednio komentarza, a zarazem wyznania... wiary. I Herzog, jako autor i narrator filmu (spinający kadry głosem jegomościa nieco podstarzałego, ekscentrycznego, a przy tym jakby zmęczonego życiem) takie wyznanie składa, nie wprost a jednak, powtarzając tym samym stary topos o świecie, w którym - jak w wielkiej księdze - odbija się geniusz i hojnośc Boga. Bo swoją „relację” z Antarktydy ogarnia brzmieniem jednoznacznie podnoszącym wyświetlaną opowieść na poziom wyższy… albo też lepiej powiedzieć: inny, brzmieniem mistycyzującej muzyki etnicznej czy też cerkiewnej, gdzie już bezpośrednio pada pochwała „Sławię Ciebie Boże…” Czy słowa te pojawiają się przypadkiem, czy są w sposób zamierzony wpisane w obraz…? Każdy odpowie sobie na to pytanie sam. Niemniej przez tę muzykę niemal antyczny tragizm istnienia, zdaje się być zniesiony i zastąpiony przez migotliwą nadzieję.
Gdybym zakończył relację-„recenzję” z tego filmu na tak wysokiej tonacji przekłamałbym jego wymowę. Bo Herzog umiejętnie, rytmicznie żongluje nastrojami metafizycznymi, podniosłymi a także prozaicznymi, śmiesznymi… Gdy widzimy poważnych naukowców, którym głowy uzbrojono w białe kubły na śmieci, (gęsiego posuwających się do przodu, co ma symulować marsz w zawiei), gdy widzimy ich, jak na dachach baraków gotują się do odegrania rockowego koncertu, to wiemy, że nawet na Antarktydzie o przetrwaniu decyduje nie prąd, ale joke, dobrej próby joke… no i jeszcze lodowy shakekręcony na bazie specjalnej procedury. Jego brak potrafi doprowadzić do prawdziwego „buntu” w bazie-osadzie McMurdo…
I jeszcze małe „info” dla „zainteresowanych” tematem. Indagowany przez Herzoga badacz pingwinów, który ponoć charakterem upodobnił się do obiektów swojej obserwacji, nie potwierdził jednoznacznie informacji o homoseksualizmie tychże okazów, natomiast wspomniał o sytuacji „trójkątów” (z kobietą w „środku”), czy też „prostytucji” (też napędzanej przez „kobietę)… Panie wybaczą, ale rzetelność „recenzenta” domagała się takowego zaznaczenia…
Spotkania na krańcach świata;reż. Werner Herzog;
P.S. Cały dokument Herzoga można obejrzeć chyba jeszcze gdzieś w Warszawie, albo przyjdzie czekać nam na DVD, tymczasem pozostaje cieszyć się trailerem, który opisane powyżej tematy jakoś już potwierdza



Komentarze
Pokaż komentarze