To jest wpis archiwalny. Aby dotrzeć do wpisu najnowszego, kliknij na tytuł: poza matrixem
Niedawno serwis eKAI przyniósł informację o tym, że spada liczba tzw. „powołań” w polskim Kościele do zakonów (zarówno żeńskich, jak i męskich), a także do seminariów diecezjalnych. Nieco mnie zawsze śmieszyło to opisywanie statystykami – wziętych rodem z zestawień handlowych – rzeczywistości tak tajemniczej, osobnej, nie poddającej się szablonom, jak powołanie, tj. wezwanie Boga w sercu człowieka…Czy ta zmniejszająca się liczba od razu, automatycznie świadczy o obumieraniu - jak chcą niektórzy nieuniknionym - Kościoła w Polsce. A może jednak w tym wypadku „mniej znaczy lepiej”, a nie od razu gorzej? Czy liczba „powołań” to rzecz zagwarantowana, zapisana w kontrakcie między polskim Kościołem a Bogiem Wszechmogącym, którą własnymi siłami na dodatek można skorygować? Przyjrzyjmy się jednak nie dokładnie liczbom, a argumentacji, którą to biskup, odpowiedzialny za kontrolę, że tak powiem: „płynności powołań”, tłumaczy zaistniałą sytuację. Wszystko wedle reguły: problem jest wszędzie, tylko nie w nas. I tak zatem winny jest znowu niż demograficzny, emigracja, „kultura antypowołaniowa” w rodzinach, a też i „agresywne, jednostronne przedstawianie i nagłaśnianie wewnętrznych problemów Kościoła” przez media. Wspomniany biskup ratunek widzi w kreacji „nowej jakości” życia parafialnego i rodzinnego, szczególnie „duszpasterstwa rodzin i młodzieży”, a także we wzmożonych modlitwach o powołania, no i w „radosnym” świadectwie ludzi Bogu „konsekrowanych”. Miałem długi elaborat przygotowany jako rozwinięcie owych biskupich wyjaśnień. Jednak z niego zrezygnowałem, postanawiając audiowizualnie wyłożyć swoje racje, chociaż przez to może nieco bardziej tajemniczo. Ale też rzeczy, o których mój elaborat miał traktować nie należy chyba tak do końca tematyzować, lepiej nieco zostawić w przestrzeni międzysłownej, gdzie zawsze skrywa się rzeczy przecież najważniejsze…
Bo problem, który ten „kryzys powołań” odsłania, jest o wiele bardziej fundamentalny niż brak modlitw o „powołania kapłańskie”. A streszcza się on w pytaniu: czy polski katolicyzm ma jeszcze w sobie siłę ciążenia, zdolną oderwać ludzi od istnienia w rytmie tęsknot tego świata, których spełnieniem jest bycie na… szczycie (różnorako pojętym). Czy kojarzy im się z życiem (a może jeszcze bardziej z Życiem) wypełnionym duchowością, przygodą, pasją, poświęceniem, (ba! – nawet poezją), a zarazem z trudem i radością, znaczy się też z wyzwaniem? Czyli takim, dla którego warto z takich tęsknot zrezygnować, by praktykować na sobie wersety Ewangelii. Czy może łączy się z tym, z czym kojarzył się awangardowemu reżyserowi: z mchem, wilgocią, „obciachem” , nakazem, zakazem, marszrutą, „mową-trawą”, z poetyką naiwnej dewocji jak „oazowe songi” czy radykalizm neofitów, co bardziej fałszuje prawdę o życiu z Bogiem niż ją przybliża. Jeśli z tym drugim się kojarzy, to biskup ze swoimi radami będzie się kręcił w kółko, a powołania będą lecieć dalej w dół. Bo mało kto będzie chciał zaryzykować życie dla świata tak nieautentycznego jak język – tak często (niestety) – polskich katolików.
Może jednak trzeba pytanie powyższe bardziej zniuansować i powiedzieć: czy życie w polskim Kościele wystarczająco intensywnie pulsuje, czy też to ten Kościół nie potrafi należycie obrazu tego chrześcijańskiego życia wyświetlić współczesnemu człowiekowi; przekodowanemu przez kult indywidualizmu, poetykę groteski, wiecznej zgrywy, gombrowiczowskej niedojrzałości, postmodernistyczną niewiarę w Prawdę…Może nie potrafi się wpisać w poetykę jego czucia i rozumienia świata? Bo szczerze się przyznam, że z żadnym obrazem życia chrześcijańskiego „produkowanym” przez środowiska katolickie i ja się nie utożsamiam…do końca, żaden dyskurs „wytwarzany” przez te środowiska nie jest dla mnie ani pełny, ani odpowiedni na dzisiejsze czasy jak dla mnie ( i nie sądzę, że to tylko pycha przeze mnie w tym momencie przemawia). Tak zatem przyglądam się stylowi mowy i zachowania ludzi z różnych duchowości pochodzących (Opus Dei, Neokatechumenat. Odnowa w Duchu św, dominikanie, etc), czytam całe spektrum katolickiej prasy (od Tygodnika Powszechnego do Niedzieli), śledzę elektroniczne media i mam poczucie, że ich przekaz jest przez pewne przeakcentowania i braki po prostu niekompatybilny do potrzeb ludzi współczesnych, szczególnie tych z aglomeracji pochodzących... Co zatem należałoby zrobić, jak to życie chrześcijańskie innym wyświetlić?
Może trzeba by zacząć jednak wpierw szukanie odpowiedzi na trapiące nas problemy od ciszy, w której wybrzmiewa duchowość, bo tego brakuje nam w mieście, i w Kościele, chyba najbardziej…Może należałoby zacząć od bardziej gorliwego, aczkolwiek prostego słuchania Boga „uwięzionego” w Najświętszym Sakramencie, co zwie się potocznie praktyką adoracji. Gdyby polscy katolicy więcej siedzieli na ty….ku i Go po prostu „słuchali”, w ciszy, może ten polski Kościół wyglądałby inaczej…Bo też w sumie w Katechizmie stoi czarno na białym, że to Jego Kościół…więc może jednak wypadałoby wreszcie zaryzykować i dać mu działać w ludzkich sercach, bacząc na to, do czego je taka praktyka nakłoni….
Dokładna „analiza” problemu przekraczałaby – jak już to powiedziałem - ramy tego wpisu, jednak mój punkt widzenia będę starał się ujawniać po części w innych „wejściach”. Na razie najwięcej powiem chyba przez te fragmenty audio-wideo zamieszczone poniżej. Można mi zarzucać, że nieco zanadto gram na emocjach wypełniających tak krótkie formy. Ale śmiem twierdzić że, szczere, wedle wskazań Ewangelii, prowadzone życie, nawet jakby było jak najbardziej „szablonowe”, szare normalne, nie jest takich emocji i treści pozbawione, znaczy się, że może wtedy też jak najbardziej pulsować… Każdy oglądający będzie musiał sam rozsądzić, czy owe formy audio-wideo odnoszą się do braków w samym polskim katolicyzmie, czy też do braków w jego obrazie przedstawionym. Tak zatem zaczynamy „seans”…siadamy w fotelach (żadnego popcornu i innego rodzaju badziewia) i jedziemy…
Na początku filmik: God In Streets Of New York City (prod. Grassroots Films, USA)
2 Zanim przejdziemy do tematów nieco cięższych nieco humoru z Morcheebą
3. Dosyć „ciemny” film “powołaniowy” pod muzykę Grammatik (prod. polscy dominikanie)
4. Tu dla odmiany trailer amerykańskego filmu „powołaniowego” „Fishers Of Men” (nagrany dla Amerykańskiego Episkopatu; mam do niego zastrzeżenia, ale warto go chociażby obejrzeć dla grymasu na twarzy księdza, który na końcu filmiku wypowiada słowa: …it’s worth…)
5. I jeszcze trailer filmu The Human Experience, też tego samego amerykańskiego producenta (polecam również z zastrzeżeniami)
6. No i na uspokojenie: Jan Garbarek
P.S.1 Kolejny wpis przewidywany jest w następny wtorek. Pozdrawiam.



Komentarze
Pokaż komentarze (2)