To jest wpis archiwalny. Aby dotrzeć do wpisu najnowszego, kliknij na tytuł: poza matrixem
Tak zatem przed Bruno, na drewnianym stole, stała biała filiżanka wypełniona jasnobrązowym nektarem, zwanym kawą etiopską. Przedłużając moment spełnienia, odsuwał chwilę, kiedy to powoli, powolutku, z kontemplacją godną konesera sztuki, będzie kosztował owego miodu marzeń. Na przemian ostrożnie przysuwał i odsuwał filiżankę, gładził ją rękami, stawiał na centralnym miejscu stołu, wpatrywał się w nią uważnie, sycąc nozdrza jej zapachem a oczy obrazem, zdjętym niby z miniatury malarskiej. Aż wreszcie delikatnie, nie chcąc jakby samym zmieszaniem pozbawić ją wybornego smaku, zaczął filiżankę podnosić do ust i wreszcie… jął nektar smakować…Nagle….
* * * * *
Doktor Małgorzata Zierak, specjalista chorób wewnętrznych, ordynator oddziału, takoż chorób wewnętrznych, południowego szpitala miejskiego, wpadła do pierogarni w pośpiechu z komórką przy uchu. Między zajęciem miejsca a przyjęciem menu od Kelnereczki postawiła diagnozę o raku jelita grubego, potwierdziła cukrzycę, a wreszcie z hematologią wywalczyła przyjęcie pacjenta z anemią. Na zakończenie zrobiła „mały” o.p.r. na podległym rezydencie za to, że ma „bajzel” w papierach pacjentów, co ostatecznie może się skończyć nawet najazdem prokuratorskim…Między jednym a drugim pierożkiem zamówionej porcji sprawdziła jeszcze grafik dyżurów na dzisiejszy dzień, progres instalacji nowego systemu na pecetach, a także stan pacjenta jej męża, który jako kardiolog w żaden sposób nie mógł wywieść skąd u pilota cywilnego, dotąd zdrowego jak koń, tak nagłe skoki ciśnienia kończące się migotaniem przedsionków serca. Taaak dr. Zierak była zajęta, bardzoooo, zajęta, za bardzo zajęta…Zdała sobie z tego sprawę jasno, kiedy w trakcie konsumpcji trzeciego pierożka, o mało się nim nie zadławiła, w trakcji kolejnej konsultacji via telefon… Pomyślała sobie, że jeśli nie przestanie gadać przez swoją Nokię, to nie tylko, że nie poczuje, co je, ale też jeszcze umrze śmiercią nagłą, znikąd nie oczekując pomocy, bo przecież w tym miejscu nikt jej fachowo tracheotomii…by nie zrobił. „Niech się wali…” – rzuciła z nagłą desperacją w głosie, wyłączając Nokię. Zaczęła jeść, i ze zdziwieniem zauważyła, że dostała pierogi z kurczakiem i grzybami, a nie z kiełbasą i grzybami… „Rety, czy oni mi dali, to czego nie chciałam, czy tez zamówiłam to, czego nie chciałam?”
Mimo nabytego oporu do powolności wszelakiej zwolniła tempo jedzenia, rozglądając się bezwolnie po sali. Znowu się zdziwiła. Tym razem w zadumę ją wtrąciło spostrzeżenie, że ledwie trzy osoby siedziały w pierogarni, mimo tego, że była to pora obiadokolacji. Na jej godzinie pierwszej korpulentny brunet, lat około trzydzieści, z zarostem ciemnym, a przy tym zgolony na łyso niemal, wpatrywał się z dziwacznym uśmiechem w filiżankę kawy, na jej godzinie trzeciej jakiś dwóch młodzieniaszków - wiek około końca studiów - rechotało się co chwilę…Jeden z nich ubrany w ciemnogranatowy garnitur, strzyżony na krótko blondyn, układał często cienkie usta w drwiący grymas, jego kumpel, także przystrzyżony na krótko, jednak już ciemny blondyn z okularami na szlachetnie wyglądającym nosie, przepasany był grubym pasem wojskowym, ze skóry wyciętym, co wcale nie licowało z jego oxfordzkim stylem noszenia się. „Cymbał” pomyślała o chłopaczku w okularach, „Cymbał” i „Chojrak” - podsumowała obu… Wróciła na godzinę pierwszą do „faceta nad kawą”, który dalej wpatrywał się w filiżankę, co jakiś czas to odsuwając, to przysuwając ją do siebie…dalej się wpatrując w nią potem usilnie… „Ki diabeł?” – pomyślała o obserwowanym, bo rzeczywiście ów „młodzian” niemłody już wyglądał na gościa z całkiem innej bajki niż ta, którą przyszło jej przeżywać. Zmroził ją tą medytacją bezwiedną kawy. śmietankowym uśmiechem, spokojem nad brwiami się rozciągającym…Takiej chwili szczerej, głupiej zadumy nad zwykłą filiżanką kawy nie dane jej było przeżyć już…”lat parę…”?. A przecież, w swoim jednorodzinnym domku, w podwarszawskiej Radości wzniesionym, nieraz kawę piła z ekspresu, „gapiąc się” w ścianę zieleni przed oknami jej kuchni. No, ale właśnie „gapiła się”, a nie wpatrywała, a „młodzian” w kawę się wpatrywał, ona się przy tym tylko „gapiła”, za bardzo była zmęczona, by się wpatrywać, w cokolwiek wpatrywać. „Królestwo… Królestwo za takie 5 minut spokoju…” - pomyślała, obserwując owego „młodziana”. Wypowiadając to życzenie w myśli, wiedziała, że jeszcze długo nie dane jej będzie zaznać takiego spokoju w życiu, ale też już na pewno wiedziała, w czasie wypowiadania tego życzenia, że niechby jej obiecywali złote góry, wczasy na Seszelach, służbowe Audi A8, karnety na najróżniejsze „szmery bajery”, to nie zostanie dyrektorem medycznym szpitala prywatnego, na Ursynowie właśnie wznoszonego . Nie zostanie …i już. Zauważyła przy tym, z nieskrywana radością, że ten spokój święty na twarzy kawosza psuje jednak co chwila mały, maluteńki tik kącika po lewej stronie ust i delikatne zezowanie oczami w lewo, co zdradzało jednak jakąś oznakę irytacji, tlącą się w „młodzianie”. Jednak mimo tego podniósł on filiżankę kawy jak najwolniej, jak najbardziej delikatnie do ust, po czym zaczął sączyć płyn niemal niezauważenie….Nie minęło pięć sekund, jak „młodzian” całą zawartość przełykanej, smakowanej kawy wypluł z siebie….plamiąc obficie biały obrus….Tak zatem nie tylko dr Zierak, istny human-express, zadławiła się tego dnia w tej pierogarni, w tym samym niemal czasie…
* * * *
- UUUUUAAGHH, AAAUGH, EEEEUGH , OOHHHHG, AUGHHHHH !!! – kasłał Bruno w nieskończoność zdawałoby się…. - UAGHHHH, OUGHHH, AUGHHHHH !!! - ciągnął, sapiąc przy tym, powietrza próbując nabrać w płuca, bijąc się w piersi, jakby młotem chciał udrożnić zatkane wcześniej drogi oddechowe…
-Nic się Panu nie stało, nic się Panu nie stało!!!? – dopytywała Kelnereczkausilnie, - Halo, nic się Panu nie stało….!? – powtarzała niemal rozdygotana.
- Nie, nie…zaraz dojdę do siebie….UUAGHH, AUGHHH ….!!! Proszę się nie obawiać…UAGHHH….!!! Bardzo panią przepraszam za ten obrus...UAGHH, AUGHHH…!!! Pokryje koszty….
- Nie ma sprawy, to drobnostka, no szkoda najbardziej tej pana kawy…no…jakby chciał pan zamówić drugą to niestety musiałby Pan zapłacić….
- UAGHH, AUGHHH….!!! A wie Pani – tu Bruno przełknął powietrze – w sumie nie wyjdę stąd bez wypicia tej kawy, pani da powtórkę.
Jeszcze przez kilka minut dochodził do siebie, próbując silą woli uspokoić dudniące w piersi serce. Nic z tego, pomyślał, że dla ukojenia nerwów….zapali….a złapie dzięki temu znowu właściwy istnieniu rytm.
* * * *
Bruno wiedział, czemu to od czasu do czasu sięga po papierosa, ale nie chciał się wcale do tego przed sobą przyznać. Bo też przyznawałby się, że jest tak naprawdę bardziej pozerem niż szczerym smakoszem tytoniu. Bruno nie palił, bo lubił się zaciągać smakiem słodko-gorzkim. Palił, bo lubił stawać w jednym szeregu z mężczyznami jakże dzielnymi, samotnymi, przekraczającymi śmieszny karnawał świata aktem heroicznej nonszalancji, kiedy to powoli, z gracją, ze zmrużonymi przy tym oczami, się zaciągali, patrząc w dal, wyznając przy tym wiarę we własne siły, wystarczające aby dumnie przyjąć…nawet porażkę życiową. Tak to, gdy kontemplował przy tytoniu rzeczywistość, wiedział, że staje tym samym ramię w ramię z kowbojem od reklamy Marlboro albo z takim tragicznym, aczkolwiek pociągającym, Camusem Albertem odzianym w popielaty prochowiec…I jeszcze z jednej rzeczy zdawał sobie sprawę, którą też przed sobą skrywał. Że gdy palił, to mniej wierzył albo inaczej: im więcej palił, tym mniej wierzył. Bo zgłaszając akces do tego męskiego grona aktem się zaciągnięcia, niejako wyrzekał się jednocześnie usilnej, wewnętrznej prośby do Wszechmogącego o…pomoc. Tłumił w sobie wołanie o ratunek dla siebie i świata, dumnie przy paleniu niejako podnosząc głowę…Był sam i sam sobie wystarczył…Taaak…gdy Bruno palił, znaczyło to, że znalazł się w jakiejś szczelinie świata i nie wiedział zbytnio, jakim sposobem się z niej ratować, gdy wiara w nim przy tym gasła, nie broniąc przed zwątpieniem, porażką, rezygnacją skradającymi się do jego serca. Tym razem też musiał właśnie zapalić…
Już tak ćmił drugiego papierosa, gdy miał wreszcie siłę spojrzeć uważniej w stronę, skąd ten niepokój z harmonii dnia go strącający nadchodził…odwrócił się zatem w stronę dwóch młodzieńców przez Dr Zierak zwanych „Cymbałem” i „Chojrakiem”, aby im się wreszcie dokładniej przyjrzeć…
* * * *
Wiesz jak to jest z kawiarnianym nasłuchem. Siadasz, robisz swoje, zazwyczaj konwersujesz ze swoim „partnerem”, słyszysz wokół siebie świst słów różnorakich przelatujących koło ucha. Zazwyczaj nie zwracasz na nie zbytniej uwagi, pozwalając im rozbijać się spokojnie o ścianę. I tym razem byłoby tak samo, mimo że Bruno sam sobie zapewniał kompanię, jednak gdy koło niego przeleciały słowa „Kościół”, „księża” zbystrzał nieco, bo żywo reagował zazwyczaj na te dźwięki i odtąd był mimowolnie na nasłuchu przechwyconej konwersacji. Rzucił krótko okiem w tamtą stronę, rozeznając szybko, kto takie tematy „świątobliwe” podejmuje. Rozmowę zdawał się nakręcać ów młodzieniaszek o drwiącym uśmieszku, a jego aktywnym słuchaczem był chłopak przepasany wojskowym pasem. Po kilku minutach bezwiednego podsłuchu Bruno przekonał się, że ma do czynienia z gatunkiem „polski katolik”, zdecydowanie bardziej „niepraktykujący” niż „wierzący”. Chłopcy sobie używali na „czarnych” wedle ustalonego w polskim narodzie schematu: „fura, komóra, i skóra”, i „baba na plebani”. Kilka razy dorzuciła do ich „wniosków” coś Kelnereczka, wygłaszając sądy mało pochlebne o biskupach, wywołując przy tym tłumione fale ściszonego rechotu. Bruno miał już się „wyłączyć” z owego bezwiednego podsłuchu, bowiem w sumie nic nowego w nim nie odkrył, obok tupetu tępego, który go raził nieco A jednak to, co usłyszał potem, przeszło jego najśmielsze oczekiwania…
„Chojrak” wyznawał „Cymbałowi”, jak to życie sobie ułożył ze swoją „kobietą” w spokojnej kawalerce naMokotowie, jak to jest im tam „sielsko, anielsko”, no i że tylko jego matka ze Skierniewic, jako moher prawdziwy, jest temu przeciwna, ale ją uspokaja, bo do Komunii, gdy przyjeżdża w strony rodzinne, przystępuje, zapewniając ją zarazem, że w nocy to Marta łóżko sama grzeje, a on materac wygniata.
- Ty, ale ty się z tego spowiadasz? - zapytał z cichym niedowierzaniem „Cymbał”.
- Nie, no na Wielkanoc i Gwiazdkę idę, ale nigdy z tego…no…że….my tego…tamtego z Martą….cały czas niemal.
- Ty, ale to grzech jest !!! – jęknął jakby z podziwem „Cymbał”.
- Jaki grzech…? – przecież „batmany” sami mają dupy po kątach i jakoś się z tego nie spowiadają…
W tym to właśnie momencie Bruno chlusnął kawą na śnieżnobiały obrus, niemal doszczętnie go plamiąc, i zaczął się ratować przed uduszeniem resztkami płynu, które spłynęły w jego tchawicę…”Cymbał” i „Cynik”, gdy usłyszeli to charczenie, spojrzeli w jego stronę i nieco przycichli, zdając sobie sprawę z tego, że ich rozmowa mogła stać się za mało poufna. A Bruno, gdy zaczął dochodzić do siebie po kilku minutach, gdy zaczął palić - jak już wspomniałem - drugiego papierosa, odwrócił się w ich stronę, popatrzył na nich uważnie, nieco demonstracyjnie nawet, dając jakby znak, że on wie, o czym oni tak rozprawiają. Gdy to zauważyli, jeszcze bardziej przycichli…
* * * *
Nie wiadomo, czy to z dymu papierosowego, czy też z gęstej od emocji atmosfery coś, jakby obłok, od Bruno się oddzieliło, coś, co potem przybrało kształt Bruno, oczywiście nieco bardziej eteryczny, zwiewny, świecąc przy tym jakoś tak dziwnie…jakby ktoś postawił przed nim hologram 3D jego samego rodem z Gwiezdnych Wojen, albo inaczej: jakby ktoś sfilmował oddzielenie się duszy Bruno od jego ciała. Ale śmierci, ani prawdziwej, ani klinicznej, on nie przeżył, bo dalej spalał papierosa widocznie. Wszystko wskazywało na to, że w pierogarni znalazło się już dwóch Brunonów, ten Pierwszy, realny, prawdziwy, cielesny i ten Drugi,eteryczny, zjawiskowy, „duchowy”…I to ten Drugi popatrzył się na Pierwszego, uśmiechnął się przeciągle, wielkiego zdziwienia na jego twarzy jednak nie wywołując, po czym się odwrócił i krokiem marszowym, żałobnym niemalże, plusk przy tym wydając nieprzyjemny, począł oddalać się w stronę „Chojraka” i „Cymbała”….
- Gdzie…? - rzucił Bruno do Drugiego z pewną nonszalancją w głosie. – Gdzie…do jasnej….?
-Idę, dam mu w gębę jako i on wali w twarz Zbawiciela – zamanifestował Drugi
- Odbiło Ci, chcesz mi tu jatkę zrobić, wracaj nie wydurniaj się…
-Człowieku, przecież to woła o pomstę do nieba, przecież on Krew Pańską przelewa nadaremno, Konkubinat…jeszcze zrozumiem, ale świętokradztwo, przecież ludzie dla ochrony czci tegoż Ciała Bożego życie składali, a ten mi tutaj…Nie, idę…nie zdzierżę tego…Idę, przywalę w pysk jako i on wali. Goreeeee!!!
Odwrócił się i powoli szykując się do ciosu, zaczął masować pięści jak przed walką bokserską.Bruno palił dalej, widział, że sytuacja robi się bardzo nieprzyjemna, a może być jeszcze gorzej.
- Ty ! – zawoła hardo Bruno. - Jak chcesz go skasować, to zrób to chociaż profesjonalnie, skasuj go na wieki, na amen, kiedy się tego nie spodziewa, kiedy nie zdąży pożałować nawet…do piekła wyślij go na zawsze! A najlepiej skasuj ich wszystkich troje za jednym razem, nagrodę wieczną za to zyskując – dokończył, pokazując na coś wystającego spod stołu zarazem.
Drugi popatrzył tam, wrócił się, rzecz wskazaną podniósł i teraz mieczem, długim i ciężkim jak ostrze katowskie, pomachał lekko i szybko jakby nunchaku się bawił niedbale….Wreszcie skończył tę samotną szermierkę, „scyzoryk” o ziemię oparł i z przekąsem wyrzekł:
- Masz rację, jak mówisz, tak zrobię…
Po czym wrócił na swój szlak krzyżowca. Zdążał powoli w kierunku „niewiernych , okrążał ich z prawej strony krok po kroku, miecz za sobą przy tym chowając. Przystanął na chwilę. Widać było, że czeka na Kelnereczkę, która zbliżała się doń z porcjami parujących pierogów, nie mogąc go zupełnie dojrzeć zza mgły gorącej, unoszącej się ospale znad talerzy. Drugi poczekał aż dojdzie do tamtych dwóch, dzięki temu mógł porady Pierwszego dopełnić, jednym ciosem zdejmując trzy głowy niewiernych, które skłębiły się przy tym samym stoliku. Drugi przeżegnał się, po czym rękojeść miecza począł ściskać mocniej, jakby chciał być pewnym chwytu odpowiedniego w czasie przeprowadzania…ciosu
Bruno miał nadzieję, że dzięki ironii zmieszanej z przesadą w jego radzie dla Drugiego, zatrzyma go, zdeprymuje, osłabi w nim dyszącą żądzę zemsty (a może bardziej sprawiedliwości )…Ale nic z tego, tak eteryczna, świecąca zjawa, radę jego wzięła sobie do łepetyny całkiem dosłownie i rzeczywiście szykowała się desperacko do twardego jak stal ciosu zagłady dla tamtych. Możliwe, że Bruno za chwilę stałbym się światkiem potrójnej, niewyjaśnionej zbrodni, gdyby nie zdecydował się działać bardziej jednoznacznie, bo tamten już miecz powoli, z nieskrywaną przyjemnością, wznosił do ostatecznego cięcia. Jeszcze chwila, a na tackę z pierogami potoczyłyby się trzy młode łby…w krwi topiąc biel obrusu…
- Słuchaj ! – zawołał hardo Bruno. – Czekaj! – dodał gasząc pospiesznie papierosa. – Wyposzczę ich, wyposzczę…przez kilka piątków…całych.
Drugi zatrzymał wzniesione nad sobą z mieczem ręce…i powoli odwrócił się doń
- O chlebie i wodzie….? – zapytał niedowierzająco.
- O chlebie i…bawarce…
- No wiesz…!!!
- Nie wygłupiaj się, chyba nie chcesz, żeby mi żaby w brzuchu zaczęły kumkać…
- No, w sumie Bruno tak długo już nie pościłeś - mówił Drugi,opuszczając powoli miecz - że może być i bawarka. Chętnie zobaczę, jak sobie z tym poradzisz, bo trzeba przyznać, że ostatnio się nieco zapuściłeś - dokończył spoglądając z przekąsem na Bruno od stóp do głów.
Wrócił niespiesznym krokiem w jego kierunku, wnikając weń za jakiś czas zupełnie, dzięki czemu w pierogarni znów po chwili był już tylko jeden Bruno. Ten pospiesznie dopił kawę etiopską, którą w międzyczasie przyniosła mu Kelnereczka, a która utraciła przez tę historię dlań cały swój nieodgadniony smak, rzucił na stół zapłatę i zaczął się zbierać do wyjścia, wciąż słysząc ściszony rechot tamtych. Po paru krokach coś poczuł pod nogą. Zerknął w dół i dojrzał na dole stetoskop lekarski. Podniósł go i zapytał obok niego siedzącą kobietę;
- Pani…?
Dr Zierak odwróciła się doń, jęknąwszy…
- Rety…! Znowu go posiałam, dziękuje Panu bardzo, bardzo dziękuje….!
Bruno przyglądał się uważnie kobiecie, po czym spytał powoli:
- Dr Zierak…?
Teraz to ona zaczęła mu się powoli przyglądać, po czym znowu jęknęła:
- No wszelki duch Pana Boga chwali! Bruno. Bruno Poręba. Niewiarygodne! Co też się z panem działo. Niech pan siada, opowiada. Został pan w medycynie… ? No nie poznałam pana, zmężniał pan tak jakoś - delikatnie oceniła jego tuszę.
- Wie Pani, długo by o tym mówić…i chyba nie mam na to teraz czasu…
- Ależ oczywiście! Oczywiście! Proszę – mówiła, podając mu wizytówkę – niech mnie pan odwiedzi kiedyś. Pogadamy, pomyślimy, zobaczymy…Ale uprawnienia do praktyki lekarskiej Pan jeszcze ma…? – spytała jakby nieco strachliwie.
- No właśnie, w zeszłym roku je straciłem – wyrzekł Bruno odważnie, choć z odczuwalnym smutkiem.
- Nie na takie problem - dodała po chwili z nadzieją w głosie - znajdowało się radę. Pan zadzwoni, przyjdzie w razie czego. Pogadamy, pomyślimy, zobaczymy…
- Dziękuję bardzo, obiecuję skorzystać z pani rady.
Już był na progu pierogarni, kiedy dopadła go Kelnereczka, żywo krzycząc:
- Proszę pana, proszę pana! Czy to nie pana? – zapytała, wskazując na oparty o ścianę miecz dwumetrowy.
- A rzeczywiście – odparł Bruno
Szybkim krokiem wrócił na tamto miejsce, wziął miecz, machnął nim razy kilka, zarzucił go sobie na ramię, po czym wyszedł, żegnając się z Kelnereczką
- O chlebie i bawarce… - wyszeptał przechodząc koło niej.
- Co proszę…?
- Nie nic, pozdrawiam….
Oddalał się od centrum handlowego powoli, z mieczem katowskim na ramieniu, krokiem jakby mistrza Chaplina podążał na wieczór o świętym…
P.S. A tu w razie czego dla zainteresowanych link do pierwszej opowieści o krucjacie Bruno…
http://pozamatrixem.salon24.pl/100476.html



Komentarze
Pokaż komentarze (1)