artur olędzki artur olędzki
80
BLOG

Zapiski o Bruno: Metro

artur olędzki artur olędzki Kultura Obserwuj notkę 5

 

To jest wpis archiwalny. Aby dotrzeć do wpisu najnowszego, kliknij na tytuł: poza matrixem

 

Spokojny, jednostajny głos spikerki, rytmicznie wyrzucał z megafonu w eter kolejne cyfry:

 

- Minuta i pięćdziesiąt sekund do odjazdu pociągu, minuta i czterdzieści sekund do odjazdu pociągu, minuta i trzydzieści sekund do odjazdu pociągu…

 

Kiedy Bruno wszedł na stację metra Plac Wilsona, kiedy usłyszał to bębnienie megafonu, skojarzone z wysoko brzmiącym gongiem, nieco skulił się w sobie, bo sytuacja jako żywo przypomniała mu historię z kolejnej części „Obcego”, w którym porucznik Ripley uciekałastatkiem-śmigaczem z płonącej megastacji kosmicznej, na jakiejś opustoszałej, zimnej, mglistej planecie wzniesionej, mającej za moment ulec samozniszczeniu, co również spokojnym, rytmicznym, metalicznym tonem obwieszczał główny komputer. Mimo nieprzyjemnych skojarzeń, mimo uciekających sekund, Poręba podjął w duchu niezwykle męską decyzję, że zdoła jeszcze z początku składu kolejowego przejść na jego koniec, trochę z chęci sprawdzenia się w odwadze, a też i przyczyn bardziej prozaicznych… Był szczerze niepocieszony tym, że źle czas obliczył i dotarł tam całe 50 sekund przed odjazdem, a nie sekundę tylko, co nadałoby jego czynowi rys o wiele bardziej heroiczny i filmowy zarazem. Usiadł zaraz przy drzwiach, dzięki temu, jak rasowy wykidajło, kątem oka omiatał najważniejszą przestrzeń wagonu, mając jak na dłoni doń wchodzących. A tych liczba przed odjazdem znacząco się zwiększyła, dzięki czemu pozbawiono Bruno rozkoszy samotnej jazdy, a bardzo tego pożądał w tym dniu.

 

Cały bowiem piątek brodził w skwarze sierpniowego powietrza, wpadając przy tym z urzędu do urzędu w sprawach „wagi państwowej” dla jego szefowej. Jazgot ulic, zaduch miasta, gwar wszelaki dały mu w kość niezmiernie, naładowały energią, a jednocześnie wyprały, wymiętosiły… Przez to był zmęczony nadto tego wieczoru, chylącego się ku nocy, aby móc zasnąć nawet… Pomyślał, że nie będzie przelewał czasu w domu nadaremno i go wykorzysta kulturalnie pod niebem gwieździstym vis-a-vis Pałacu Kultury, gdzie kino nocne się właśnie rozgościło, racząc widzów przebojami dokumentalnymi… Jak pomyślał tak też zrobił…

 

                                          * * * * *

 

Wpierw, z hukiem radosnym, niemal w powietrzu, wlecieli do wagonu Zakochani, niewiarygodnie słoneczni. Oboje o włosach blond, przystojni, ale… tak w sposób niedzisiejszy, dawny, z lat dwudziestych wywiedziony, kiedy to elegancja w wyglądzie, w stroju, w ruchach ludzi się mieniła zwyczajnie, a w ich wypadku była to nade wszystko elegancja szybkiej, a lekkiej zabawy, niby przerzucania z ust do ust pyłu kwiatowego. Tylko że oni w żaden kwiat mlecza nie dmuchali, a jedynie, z energią, naiwnością dziecięcą, to trzymali się za dłonie, to grali nimi „w łapki”. Zaraz po ich wejściu coś zaterkotało delikatnie, zatrybiło i powoli pojawił się Chłopak z rowerem spacerowym, który raczej spotyka się przy kanałach amsterdamskich niż w metrze warszawskim. Chłopak o kręconej, gęstej, czarnej czuprynie, dopiero od brwi odsłaniającej jego twarz opaloną. W chłodny wieczór sierpniowy nosił tylko niebieską koszulę, niedbale zarzuconą na białe, płócienne rybaczki, dzięki czemu jego lekko brązowe mokasyny z nabuku jeszcze bardziej biły w oczy. Nie pasował ten Chłopak do rosyjskiego, sypiącego się wagonu metra, nie pasował zupełnie, o wiele bardziej komponował się z duchotą, ze słońcem, z rozżarzonym piaskiem francuskiej Riwiery… Rzadko spotyka się w Warszawie ludzi tak bezczelnie a skrycie emanujących nonszalancją wewnętrzną, która broni ich przed groźną, jakąkolwiek większą amplitudą przeżyć. Oparł się na rowerze, który z wcześniej oparł o zamknięte  drzwi naprzeciw wejścia, wsadził ręce w kieszenie i bez namiętności większej, beż zażenowania jakiegokolwiek spoglądał na innych. Po nim zaś wkroczył Starszy Pan z plecakiem na ramieniu, odziany jak rasowy emeryt z PRL-u, w szarzyznę, w starzyznę stroju. Szurając nogami po podłodze, szeleszcząc ortalionową kurtką wiśniową, zajął z ulgą miejsce naprzeciwko Bruno, popatrzył nań bez nadziei w oczach, zza grubych szkieł osadzonych w rogowej oprawie… I ten też nie pasował tutaj, nie do tego miejsca jednak, a do czasu letniego wieczoru, a bardziej nocy… Bo taki jegomość winien się pojawić na stacji metra Plac Wilsona raczej w niedzielny poranek, kiedy to z innymi towarzyszami mu podobnymi, niedobitkami po PTTK, przesiadłby się do autobusu wiozącego ich do Puszczy Kampinoskiej na wycieczkę tleno-znawczą. Skąd, dokąd zmierzał owy emeryt w ten czas wieczorny, a już nocny, trudno było zgadnąć… Jeszcze nie wybrzmiało do końca jego szuranie, kiedy rozległo się w wagonie dudnienie kroków, jakże dziarskich, młodzieńca niezwykle wysokiego, barczystego, opiętego obcisłym podkoszulkiem czarnym, z wdziankiem dżinsowym na ramieniu, którego opalizowany brąz wziął się raczej na pewno z żoliborskiego solarium a nie z francuskiej Riwiery… Młodzieniec ów, zwany przez Warszawiaków pieszczotliwie „dresiarzem”, stanął zaraz za drzwiami, po lewej stronie Bruno, sapiąc przy tym od czasu do czasu… Wreszcie sekundę po nim do wagonu wbiegł człowiek dwudziestoparoletni, postury niemniejszej niż Dresiarz, w odróżnieniu od niego łysy jednak jak kolano, i nieco zasapany zajął miejsce obok Starszego Pana, prawie vis-a-vis Bruno… Również szeleścił swoim strojem, tylko że w jego wypadku była to droga, czarna kurtka z goretexu, a nie żadna z formaliny wyjęta ortalionówka. Od wszystkich też odróżniało go to, że jego łepetynę łysą przecinały, niemal na pół,  hi-endowe słuchawki srebrne, upodobniając go do nieziemskiego UFO… Chwilę potem drzwi wagonu, sycząc powietrzem swym sprężonym, zamknęły się, obwieszczając tym samym wszystkim, że czas odjazdu jest już bliski. „No, ten to ma przynajmniej precyzyjny timing” – pomyślał niechętnie Bruno o celnie obliczonym wejściu UFO. Ruszyli…

 

Wszyscy, jak to w komunikacji miejskiej Polacy mają w zwyczaju, się widzieli i nie widzieli zarazem… Niby na siebie patrzyli, a jednak nie patrzyli… I gdy już trochę się przypatrzyli, do czego nie chcieli się wcale przyznać, zajęli się sobą. Zakochani z naiwną radością dalej grali „w łapki”, prychając przy tym śmiechem świeżym od czasu od czasu, Starszy Pan patrzył poza Bruno bez radości, bez błysku w oczach, UFO, słuchając industrialnej sieczki na modłę Prodigy, rytmicznie, aczkolwiek dyskretnie, ruszał łepetyną, Chłopak z rowerem dalej wodził beznamiętnie oczami po zebranych, a Dresiarz niezmiennie stał wpatrzony w szybę i od czasu do czasu spod czarnego, obcisłego podkoszulka, odsłaniał muskuł lewej ręki, spinając go niekiedy usilnie, czemu towarzyszyło ciche sapanie. Bruno uśmiechnął się nieco na       ten widok, był jednak zbyt zmęczony, aby obserwować tajną paradę Dresiarza, więc oczy zamknął i pogrążył się w sobie…

 

                                              * * * * *

 

Jak w kalejdoskopie życie mu zawirowało, w magmie zdarzeń, osób, miejsc, które odwiedził dnia tego, poprzedniego, albo też które miał odwiedzić w dniach najbliższych, życie przepełniło całego Bruno od stóp do głów… Pomyślał, że może uda mu się przebić przez tę magmę nieśmiałą, osobistą modlitwą, którą ostatnio zarzucił niemal, chociaż czasu do jej praktykowania miał aż nadto. Nasunął swoją baseballówkę Nike’a na głowę głębiej i z namysłem zaczął w duszy sączyć słowa modlitwy ulubionej, takiej, jaka pozwalała mu prawie zawsze przypomnieć sobie po, co, na co to wszystko, to jego bieganie tam i z powrotem, z góry na dół… Tak zatem sączył tę modlitwę powoli, aczkolwiek rytmicznie, starał się zespolić, jak tylko potrafił, całym sobą z tymi słowami, które wewnętrznie sylabizował… Z czasem coraz bardziej, nawet dla samego siebie niewidocznie, z tego wagonu metra warszawskiego począł jakby odchodzić, oddalać się od „swoich” pasażerów, sąsiadów w tunel inny, nieznany, przepełniony nie łoskotem a… - jak przeczuwał - ciszą wszelaką, gdzie już nie ma słów, myśli, ale jest ta cisza, co koi, rany wszelakie goi… Teraz dopiero zdziwił się, bo wiele godzin był wysiedział w bezgłośnej, chłodnej kaplicy, a do takiej ciszy nie było mu dane się nigdy zbliżyć. A tu…? W metrze huczało jak w Hucie Warszawa, a on do tej ciszy się udanie podkradał albo… to ona na niego napierała coraz intensywniej, ze swoim tajemniczym powiewem, wyzwalającym z upału, z ucisku potwornego, nadchodzić się zdawała jak przypływ poranny do stóp zdziwionego, strudzonego wędrówką pielgrzyma… Kto do kogo się zatem bardziej przybliżał: on do niej, czy ona do niego? Nim sobie na to pytanie zdążył odpowiedzieć, nim począł objaśniać, układać chwile właśnie przeżyte, coś go poderwało z miejsca, coś nim szarpnęło wydatnie. Skojarzył, że to „ruski” wagon nie zniósł jakiejś nierówności ze złączeń torów powstałej. Nagłe to szturchnięcie przywróciło go do życia, chociaż przeczuwał, że prawdziwe życie płynie raczej z tej ciszy właśnie… a nie stąd. Otworzył oczy i… jeszcze raz je zamknął, potem otworzył i… teraz już był pewien, że mu się nie przewidziało. I zdębiał…

 

                                                   * * * * *

 

Starszy Pan jawnie, powoli, dokładnie spożywał kanapeczkę; niecałą wysuniętą z foliowej torebki. Spożywał, a może bardziej przeżuwał nadmiernie metodycznie, przed każdym kęsem trzymając ją w ustach długo. Ślinił się przy tym niedelikatnie, odsłaniał żółte, przepalone zęby… Bruno jednak to nie zniesmaczyło, jego bardziej przeraziło co innego… Oto bowiem z płóciennego plecaczka, jaki Starszy Pan taskał ze sobą, teraz rozsuniętego do połowy, wystawał słusznej długości nóż myśliwski, którego górne ostrze wieńczyło groźne ząbkowanie… Takiego noża nie powstydziłby się sam John Rambo, znany wszystkim komandos i zabijaka, odlany na taśmie celuloidowej w słodkich, zwariowanych latach osiemdziesiątych. Tylko że Rambo John takim nożem kilka osób wypatroszył, zanim oznaczył go krwią tak jawnie, jak to nóż Starszego Pana był naznaczony… Bruno zmrożony tym widokiem makabrycznym, nie myślał dlaczego, z jakich powodów to ostrze tak „juhą” jest ozdobione… Ani nie miał na to czasu, ani ochoty… Całym sobą chciał tylko wykrzyczeć słowa ratunku, słowa wezwania, aby Pana tego przepytać, obezwładnić, na ziemi skuć kajdankami. Zmitygował się nieco, bo zdał sobie sprawę, że prawdopodobnie w panikę niepotrzebną wpada. Może Starszy Pan mamusi tylko pomagał oprawiać kurczaka. A może zagubił się w Puszczy Kampinoskiej i na obiad zgłodniały sprawił sobie zajączka, co to przez lasek przebiegał. „A może to on mamusię oprawił albo jakiegoś turystę wypatroszył w Puszczy” - argumentował Bruno. Nie mogąc dojrzeć początków makabrycznego widoku, wzrokiem zaczął szukać ratunku u pasażerów, którzy z nim w kierunku Kabat jechali. Wszyscy stali się nagle uważni, wpatrzeni. Zakochani „w łapki” już nie grali, tylko że skupieniem się przyglądali, Chłopak z rowerem jakby zbystrzał i spiął się w sobie, Dresiarz patrzył uważnie przez muskuł, który wcześniej był napinał ukradkiem… Tak, wszyscy się gapili, ale nie na „gerlacha” Starszego Pana, który wszystkim rzucał się na pewno w oczy swymi rozmiarami, jeno na mały, malusieńki różaniec, który Bruno obracał na palcu w czasie swej krótkiej, a jednak głębokiej, jak się okazało, modlitwy…

 

                                              * * * * *

 

Poręba już od dawna nie opowiadał się za natrętną, publiczną demonstracją wiary, której lubią się oddawać niektórzy chrześcijanie lub też polsko-katolicy. Sprawa to sporna, wielowątkowa, ale nie żegna się przed kościołem, czy też przed posiłkiem w miejscach publicznych, nie wyciąga w autobusach i tramwajach różańca na metr długiego, jak też nie nosi takowego w kształcie obrączki na palcu. Sądzi zresztą, że nieraz taką demonstracją (dla niektórych jednak „świadectwem”)ludzi mógłby bardziej zgorszyć nić przekonać do wiary, choć kilka razy spotkał się z zarzutami, że przez takie „niezdecydowanie” „katolizymu” się zapiera, wiernym należycie Mistrzowi z Nazaretu nie pozostaje. Odpierał je zazwyczaj, mówiąc, że każdy składa takie świadectwo, na jakie go stać. Zresztą słowo świadectwo wydawało mu się w tym momencie niestosowne, gdyż jeśli coś „demonstrował”, o czymś „świadczył”, to tylko dlatego, że mu się tak bardziej podobało, bardziej pasowało. Dlatego też swego czarnego laptopa przyozdobił w małą, zieloną, „chrześcijańską” rybkę, bo lubił jej kształt opływowy, a w chwilach, kiedy mu zależało na skupieniu, uzbrajał się właśnie w mały różaniec „dziesiątkowy”, w kształcie kręgu, z drewna spleciony, krzyżykiem zwieńczony. I nawet na palcu go nie obracał wtedy, tylko trzymał w ręku, aby poczuć tenże krzyżyk, który mu przypominał dobitniej, na oczy bardziej, co jest centrum tego całego chrześcijaństwa. Tak zatem przy takich „świadectwach” mało myślał o innych „niewiernych” a bardziej o sobie. I wcale go nie martwiło to, że nie lata po mieście i nie krzyczy  „Jezus Cię kocha”, bo gdyby on miał latać, to by ludzi do tego chrześcijaństwa jeszcze nawet zniechęcał, gdyż już wiedział, że to ciężki kawałek chleba jest, nieraz gorzki, nieraz bardzo gorzki, i każdy musi spróbować go na własne ryzyko. Już te jednak niewielkie ekspresje wiary, które, jak sądził, do kultury czasów dzisiejszych jeszcze pasują, stonowane są należycie, u niektórych współwyznawców by mu zyskały miano „chrześcijańskiego Taliba”, a prawie że na pewno zyskały mu takie miano u współpasażerów. A ci teraz już nawet nie w różaniec, tylko w samego Bruno się wpatrywali. Poręba jak najtajniej ów mały różaniec skrył w dłoni i starał się najdelikatniej spojrzeniem uciec od „intruzów”, jednak skrzyżował je nieopatrznie ze spojrzeniem UFO, który nań patrzył, nie, wiercił go niemalże wzrokiem, przeciągle, bez żadnego już wstydu, dalej szatkując łysą łepetynę muzycznym złomem.

 

                                                  * * * * *

 

Jak to oni na siebie patrzyli, co sobie tak wyznawali, będąc tak face to face? Agresję, zacietrzewienie, pogardę, wyzwanie… na ziemię ubitą? Jeśli tak, to UFO najpewniej pacnąłby Bruno łapą wielką jak dłoń Yeti, a ten przeleciałby przez cały wagon jak pocisk i wreszcie walnąłby o ścianę jak lalka szmaciana, osuwając się potem na ziemię bez oddechu. Tymczasem Bruno dalej krzyżował z UFO spojrzenie, do chwili, gdy dotarło do niego, że pora jednak już chyba wychodzić, bo atmosfera w wagonie robiła się dlań zbyt gęsta, a dojeżdżali akurat do jakiejś stacj. Poręba stanął przy drzwiach, a za nim znalazł się Dresiarz. Mimo ze Bruno to „młodzieniec” o wyobraźni bogatej, tym razem jakiś zagrożeń mu ona nie podsuwała. Raczej niczego złego ze strony Dresiarza się nie spodziewał. Mimo tego, gdy pociąg stanął, gdy wyszedł z wagonu, krok swój przyspieszył ponad miarę. Za chwilę zostawiłby go daleko w tyle, kiedy dobiegło ze strony tamtego nagłe, jakieś syczące „Jezuuuuu… a potem tylko dochodzić zaczęło sapanie, charczenie… ciężkie. Poręba jako lekarz, mimo że były, dobrze znając takie jęki, znieruchomiał cały… Bał się odwrócić, bał się najgorszego. I tak stał jak sopel lodu do czasu, kiedy motorniczy pociągu, którym jechał, go nie potrącił albo też nie poturbował prawie. Dojrzawszy w lusterku co też się dzieje z jego niedawnym pasażerem, z kabiny wyskoczył i co sił w nogach biegł, Brunona mocno przy tym szturchając. Tego to przebudziło z zaskoczenia, w jakim zastygł i teraz szybko się odwróciwszy, zobaczył to, co się spodziewał zobaczyć… Dresiarz leżał na peronie, ściskał rękoma swą ogromną „klatę” na wysokości serca, syczał coraz mocniej, wił się w drgawkach cały na plecach jak wielki żuk rzucony nagle na pancerz… Wreszcie, z kolejnymi sekundami, zaczął sinieć i cichnąć… bez pośpiechu. Pasażerowie z wagonu Bruno wyskoczyli jak rażeni prądem, wszelki żywy człowiek, co był na peronie, zbiegł się w miejsce zdarzenia i już wianuszek gapiów, krzyczących, ratunku wzywających wokół Dresiarza się zgromadził. Gdy dwóch mundurowych z prewencji, w żółtych kamizelkach to zobaczyło, wszedłszy na stację, sprintem do nich dobiegło i zebranych poczęło od leżącego, który coraz bardziej cichł i słabł, odsuwać… W tym i Bruno, który tłumaczył, krzyczał, że on lekarz, że może pomóc. Widać słów jego w ferworze głosów, przepychanek nie usłyszeli, nie zrozumieli, za to dotarło do nich oświadczenie szpakowatego, eleganckiego czterdziestolatka, któremu pozwolili do Dresiarza się przybliżyć. Zmierzył puls, teraz już nieruchomo leżącemu olbrzymowi, po czym fachowo zaczął masować mu serce… Bruno zdawał sobie sprawę, że to już tylko formalność, że tak po porostu trzeba, dla spokoju sumienia, dla dopełnienia procedur… Po chwili ochroniarze metra rozkazali zebranym wsiadać do pociągu albo też wychodzić ze stacji, którą zamykają… Poręba rozejrzał się w około, by sprawdzić gdzie też on w sumie wylądował. „Świętokrzyska” - widniało na niebieskiej tablicy. Wyganiany przez ochroniarzy, jeszcze raz obrócił się w stronę Dresiarza, który leżał już teraz spokojnie, jakby cały był otulony przez tą ciszę, którą przeczuwał w wagonie Bruno. Żegnając go wzrokiem, pomyślał, ze może wtedy właśnie zrobił dla niego, to co najważniejsze…

 

 * * * * *

 

Szybkim krokiem wyszedł z podziemi, chłodne powietrze sierpniowej nocy owiało go z nienacka, a w głowie zaszumiały mu mocniej te wszystkie zdarzenia z ostatniej godziny… życia. Łoskot metra, Zakochani, UFO, Starszy Pan, Chłopak, ich oczy i Dresiarz, co leżał na peronie bez ruchu, bez tchnienia jak Byk z Corridy przeszyty śmiercią… W głowie mu szumiało, wirowało i brzmiało… echo tych słów, które wcześniej w wagonie wznosił bezgłośnie do Nieba, echo modlitwy: Jezu, Synu Boży zmiłuj się nad nami grzesznymi… Jezu, Synu Boży zmiłuj się nad nami grzesznymi… echo nadchodzące z chrześcijańskiego Wschodu, któremu nie dały zginąć od wieków całe zastępy świętych Starców, pustelników, Bożych „wariatów”… Zapiął szczelniej sztruksowe wdzianko, postawił  kołnierz i odwrócił się w stronę tej niebieskiej poświaty, którą teraz dojrzał. Zdziwił się, że nie usłyszał wcześniej przejmującej syreny „R”-ki zbliżającej się do stacji. Wrócił na Żoliborz pieszoprzez Starówkę… Nie miał siły na filmy… nawet dokumentalne.

 

 

 

 

  

 
 
 

O autorze: zalogowany w korporacji The Roman Catholic Church, tropiący człowieka zwanego Mesjaszem, w stanach nagłych "łowca androidów"... ; mail: pozamatrixem.pl@gmail.com; Laureat nagrody Feniks 2011 w kategorii publicystyka religijna za książkę:"Ksiądz Jerzy Popiełuszko. Spotkania po latach.Wywiady." Cały blog „źródłowy“ - pod linkiem: www.pozamatrixem.pl strona na facebook.com: Poza Matrixem

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (5)

Inne tematy w dziale Kultura