Do napisania tej notki zainspirował mnie redaktor Leski, który już drugi dzień z rzędu upiera się ze swoim "idiotyzmem roku".
W przeciwieństwie do Pana redaktora w pełni rozumiem i popieram słowa premiera.
Na początek ustalmy kilka faktów: miałem wielkie szczęście nie zaznać okrucieństw Stanu Wojennego, choć jako wielbciel najnowszej historii Polski dosyć dobrze orientuję się w ówczesnych realiach (bynajmniej nie na podstawie Misia i Rozmów Kontrolowanych ;). Owszem, Stan Wojenny oznaczał utratę życia około 100 osób, internowania i aresztowania tysiecy, emigrację setek tysięcy.
Jednak 13 grudnia to przede wszystkim koniec marzeń o solidarnościowej rewolucji, koniec wielkich przemian zapoczątkowanych w sierpniu 1980 roku. Nie ma drugiego takiego wydarzenia w najnowszej historii Polski, które równie dobrze uzmysławiałoby próbę zastopowania procesu reform.
Nikt nie mówi o żadnych ofiarach, czołgach na ulicy, bo nie taki był sens i istota wprowadzenia Stanu Wojennego. Istotą był kres nadziei na prawdziwie wolną Polskę... aż do roku 2005. Tak do 2005, bo rok 1989 był krokiem naprzód, ale nie wyrwał nas z panowania komunistycznej nomenklatury. Ten proces rozpoczął się dopiero dwa lata temu i zwycięstwo PO-LiD-u stwarza zagrożenie odwrócenia tego wszystkiego, co wydarzyło się przez ostatnie 2 lata. O tym mówił Kaczyński zarówno w Rzeszowie, jak i w Lublinie - wystarczy przeczytać cały tekst wystąpienia, a nie słowa wyrwane z kontekstu.
Parafrazując Rymkiewicza ewentualna koalicja PO-LiD-u oznaczałaby ustrzelenia pędzącego żubra, jakim teraz jest Polska pociskiem usypiającym... na conajmniej następne 4 lata. Stawka jest więc najwyższa możliwa, bo stawką tą jest przyszłość Polski. W takiej sytuacji trzeba jasno stawiać linie podziału i słowa premiera są w pełni uzasadnione.


Komentarze
Pokaż komentarze (15)