Nie ma jak sukces, a śmierć Bin-Ladena to spektakularny sukces polityczno-wojskowy, z którym nie ma sensu - podobnie jak z faktami - dyskutować ani się spierać. Obama siłą rzeczy chce wykorzystać te atuty w sensie elektoralnym i dlatego zapewne - pokonawszy surowe skrupuły moralne... - zaprezentuje „skalp Osamy”, czyli foty z trupem bańdziora.
Ludzie Obamy twierdzą, że prezydent - aprobując akcję komando wAbbottabadzie- miał zaledwie „60% pewności”, iż w trzypiętrowej rezydencji siedzi faktycznie Bin-Laden... Przypuszczalnie Amerykanie musieli jednak namierzyć szefa al-Kaidy dużo wcześniej - i to z absolutną pewnością - jeszcze za późnego Busha, ale woleli wstrzymać egzekucję.
W tym czasie (niezależnie od rywalizacji przedwyborczej) strategia USA zaczęła już wyraźnie odchodzić od poprzedniej twardej linii, przygotowując grunt pod ugodowe gesty wobec świata islamu. W czerwcu 2009 roku Barack Obama zaraz po objęciu urzędu ogłosił - na Uniwersytecie Kairskim - „nowy początek” w relacjach USA z wyznawcami Proroka.
Dlatego sądzę, że decyzja rozwalenia Bin-Ladena w obecnym momencie związana była bezpośrednio z wydarzeniami „arabskiej wiosny”, których tak naprawdę nikt nie przewidział. Chodzi teraz głównie o to, żeby zapobiec wykorzystaniu tych niezwykle głębokich i silnych procesów przez różnego chowu, przyczajone „bractwa muzułmańskie”.
Skalp Bin-Ladena może okazać się ważnym atrybutem nie tylko w kampanii o drugą kadencję Obamy, lecz także w walce o charakter przemian w świecie islamskim.


Komentarze
Pokaż komentarze (37)