W Hiszpanii przypomniano sobie nagle o 37 „judaizantes” spalonych na stosach 320 lat temu na śródziemnomorskiej wyspie Majorce. Większość z nich poddano najpierw tzw. próbom wody i rozgrzanego żelaza, a przed spaleniem uduszono litościwie garotą, czyli pętlą zaciskaną na korbę. Żywcem bez garoty spalono tylko cztery ofiary, w tym rabina.
Sprawy to ogólnie znane i lubiane - wielebna inkwizycja była jednym z cywilizacyjnych wzorców w walce z judaizmem. Premier autonomicznego rządu archipelagu Balearów, Francesc Antich i Oliver - występując oficjalnie w Palma de Majorka - po raz pierwszy wyraził ubolewanie z powodu tej zapomnianej rzezi popełnionej na Żydach w A.D. 1691.
W początkach XXI stulecia nic nie dzieje się samo z siebie - zastanawiam się więc, czemu akurat teraz pogrom sprzed paruset lat zakłóca sen pragmatycznemu z wyglądu premierowi Balearów? Czyżby ten opalony brunet w okularach postanowił nagle odwołać się do tradycyjnej tolerancji w związku z możliwością zalania Majorki przez Afrykanów?
Wcale bym się nie zdziwił, gdyby lekko zremiksowane... „auto da fé”z Majorki stało się precedensem w całej Hiszpanii. Krajowi temu grozi lada moment ekonomiczny krach, aMajorka woli zapewne uniknąć sytuacji, gdy Niemcy będą chcieli ją kupić w zamian za kredyty - jak proponowali żartobliwie Grekom z paroma wysepkami na M. Egejskim.
Przed utratą kilku słonecznych wysepek uratowali wówczas Greków „judaizanci” - żydowscy bankierzy w USA - co przekłada się teraz na polityczne zbliżenie Ateny-Jerozolima.


Komentarze
Pokaż komentarze (5)