„Arabska wiosna” coraz bardziej kuleje, choć nadal jest mocno przereklamowana. W Egipcie - junta, pogromy Koptów i niewiadoma; Tunezja - bryndza; Jemen - bajzel; Libia - impotencja NATO; Syria - czołgi, snajperzy + 850 trupów. „Wiosna” dojrzałaby, przekładając się też na Iran - jednak na razie nic na to nie wskazuje.
Arabskie rewolty zyskały popularność głównie dlatego, że organizowane są za pomocą Internetu. Nie przewidzieli tego najwięksi myśliciele naszych czasów, co zresztą stanowi pociechę na przyszłość... Całkiem podobnie w łeb biorą wszelkie porównania z procesem odchodzenia od komuny w dawnej Europie wschodniej.
W bloku sowieckim, a zwłaszcza w Polsce, istniała opozycja polityczna i kulturowa oraz świadomość wolnościowa - to ułatwiało transfer władzy. U Arabów niczego takiego nie ma; sytuację pogarsza dodatkowo analfabetyzm, dyskryminacja kobiet i wzbierające, choć wciąż jeszcze dosyć wyciszone i ostrożne tsunami islamskie.
O słabości arabskich wstrząsów świadczy m.in fakt, że w żadnym z tych krajów nie wyłonił się nadal pragmatyczny przywódca - autentyczny trybun ludowy - mogący pociągnąć za sobą tłumy. Możliwe, że - prawem paradoksu - zawinił też tutaj fakt, iż platformą organizacyjną jest głównie będący jedynie namiastką życia: Internet.
@
Syndrom „braku bohaterów” nie jest wyłącznym przywilejem świata arabskiego. Widzimy go na co dzień choćby w komercyjnej produkcji filmowej, gdzie próżno szukać momentów prawdy z wyrazistymi postaciami, jak choćby w „Casablance” czy „Rocky-1”. Nic dziwnego, że świat z wywieszonymi jęzorami rzucił się na aferę z szefem IMF, który z braku luksusowych lampucer w NYC... - napalił się na hotelową pokojówkę. Wreszcie jest bohater z krwi i kości - no i Żyd.


Komentarze
Pokaż komentarze (33)