„Arabska wiosna” jest gigantycznym wyzwaniem naszych czasów i najwięksi spece od strategicznego myślenia nie są w stanie przewidzieć jej skutków. Wcale niewykluczone, że na pustynnych przestrzeniach BW i Maghrebu wykwitnie jakaś całkiem nowa formuła demokracji, o której nikt dotąd nawet nie słyszał.
Byłoby to choć drobnym zadośćuczynieniem za bezwzględne pozbawienie ludów arabskich dobrodziejstw bytowania w zasięgu cywilizacji judeochrześcijańskiej. Krzywda była tym dotkliwsza - że kolebka przodującej cywilizacji leży przecież tak niedaleko - na Ziemi Izraela, skąd rzymskie trepy wygnały niegdyś Żydów.
Wskutek drobnych niedogodności cywilizacyjnych Żydzi wrócili po paru tysiącach lat i mają teraz za swoje (jak wiadomo). Zmagają się na przykład z nabrzmiałym problemem Morza Martwego - obok biblijnej Sodomy & Gomory - w najniższym punkcie Ziemi. Okazuje się, że słone bajoro dosłownie wysycha w oczach.
Z pomocą pośpieszył już m. in. słynny Spencer Tunick, który w czerwcu zorganizuje nad M. Martwym instalację z tysięcy nagich wolontaryjnych ciał. W związku z tym dojść może w depresji publicznej do gorszących scen, gdy „elementy rabinackie” - ostrzegające przed Sodomą - gonić będą golasów po nagich stokach.
W Ziemi Izraela nabrzmiałym problemem są też muezzini wzywający pięć razy dziennie do modlitwy przez megafony na minaretach - w miastach o mieszanej ludności lub w rejonach graniczących z wioskami arabskimi. W Knesecie wpłynął projekt ustawy o ograniczeniu dopuszczalnej mocy głośników np. o 4 rano.


Komentarze
Pokaż komentarze (19)