W podzielonym murem Belfaście wybuchły najostrzejsze od parunastu lat zadymy katolicko-protestanckie, które odwrócić mogą na chwilę uwagę od monotonnej „arabskiej wiosny”... Nie ma tam wprawdzie beznosego Sfinksa ale okoliczna bazaltowa górka z tzw. nosem Napoleona zainspirowała kiedyś Swifta tak dalece, że wymyślił Guliwera.
Belfast chlubi się też innym artefaktem: właśnie tam 100 lat temu zwodowany został słynny stateczek „Titanic” - 3 tygodnie temu protestanci i katolicy hucznie opijali okrągłą rocznicę tego wydarzenia. Mimo tych wszystkich atrakcji turystycznych - największe emocje budzi siłą rzeczy 8-metrowy mur z drutem kolczastym przecinający miasto.
Zgodnie z bogatą tradycją murków demarkacyjnych... - ten w Belfaście też pokryty jest barwnymi muralami i licznymi napisami. Przypominają one mianowicie, że we wzajemnych katolicko-protestanckich masakrach zginęło tam ponad 1500 ludzi. Nie od rzeczy byłoby wspomnieć, że znana z brawury IRA zaopatrywana była w broń przez Kadafiego.
Mnie osobiście mur w Belfaście podoba się głównie dlatego, że stanowi najlepszą przeciwwagę dla słynnego „Muru Bezpieczeństwa” zbudowanego przez Izrael i skutecznie chroniącego przed terrorystami-samobójcami z Zachodniego Brzegu. Ta przeszkoda nazywana jest przez światowe lewactwo „murem hańby”, murem „apartheidu” etc.
O ścianę milczenia odbijają się argumenty, że podobne murki urozmaicają pustynne krajobrazy pogranicza USA-Meksyk, Wyspy Afrodyty czy hiszpańskich (UE) enklaw Ceuta i Melilla w Maghrebie. Izraelski mur kojarzony jest wyłącznie z niegdysiejszym berlińskim, a w dodatku nosi fatalną nazwę... Ten w Belfaście nazwany został „Murem Pokoju”.


Komentarze
Pokaż komentarze (17)